24-29.07.2016 Sudety MTB Challenge

Wstęp
Czas na jedną z imprez docelowych w tym sezonie. Moje wcześniejsze doświadczenia z etapówkami to 3x Bike Adventure, które trwa 4 dni. W tym roku z BA zrezygnowałem z jednej strony właśnie dlatego, że ileż można jeździć to samo- niby lokalizacja inna bo Szklarska zamiast Piechowic, ale wg mnie to tylko na minus, bo do każdego etapu dochodzi jeszcze kilka km szutrów aby dojechać w ciekawsze rejony tras i choć dalej twierdzę że BA to świetna bardzo wyważona impreza, to właśnie chęć posmakowania czegoś nowego skierowała mnie ku Sudety MTB Challenge. Nie chodzi tu nawet o trasy i skalę trudności imprezy, ale też o samą ideę etapówki z miejsca do miejsca gdzie dochodzi cały ten wyścigowy klimat- wspólne noclegi i posiłki codziennie w innej lokalizacji, po prostu świetna atmosfera przez cały tydzień. Prolog i pierwszy etap zlokalizowany był w Stroniu, dlatego tam nie korzystaliśmy z noclegów organizatora, tylko prawie całym teamem + Piotrek (który był sam ze swojej drużyny, więc go przygarnęliśmy) nocowaliśmy w Ski&Bike House, co było świetnym wyborem. Jednak jeżeli pensjonat prowadzi kolarz, to wie co sportowcom jest potrzebne do szczęścia i choć są to takie detale jak pralko-suszarka czy stojak serwisowy, to usprawniają i co najważniejsze skracają czas potrzebny na ogarnięcie się po etapie, co jest na etapówce bardzo ważne.

Prolog
Prolog na Challenge był zazwyczaj dość krótki, chyba kilkanaście km- w tym roku to się zmieniło, bo do pokonania było 37km, a start był ulokowany zaraz pod dolną stacją wyciągu na Czarną Górę….na którą, nawiasem mówiąc, tego dnia wjeżdżaliśmy. Dodatkową „atrakcją” były mijanki z zawodnikami DH, którzy na Czarnej mieli też swoje zawody, a organizator dbał aby w dwóch, trzech miejscach na trasie nie doszło do zderzenia ew. wstrzymując maratończyków. Trochę kuriozalna sytuacja, ale natężenie przejazdów DH było tak małe, że ja nigdy nie byłem zmuszony hamować, choć raz dość mocno przyśpieszyłem ;). Aha bo w ogóle start do prologu był interwałowy już nie pamiętam czy co 1min czy 30sek, w każdym razie ja mając nazwisko na „A” miałem przed sobą tylko zawodników z krótszego dystansu MEGA (chyba ścigali się 4 zamiast 6 dni). Pierwszego zawodnika dogoniłem po 50sek 😉 i ogólnie tak po połowie dystansu miałem przed sobą już pustą drogę, co było akurat całkiem fajne. Sama trasa jak na prolog spoko, tzn. łatwa praktycznie same szutry i jeden zjazd do sprowadzenia pewnie dla 99% stawki (byłem tam potem pieszo, bo w tygodniu po Challengu wybrałem się na mini wakacje) i nie widzę możliwości zjechania tego na rowerze HT…no chyba że potestować i posiedzieć na miejscówce z pół godziny, a pewnie i tak szybciej było by zbiec ;). Trasę zamknąłem w jakieś 1g:50m jazdy- założenie było takie aby jechać w miarę spokojnie i nie wchodzić w jakiś niesamowity beztlen, czyli tak powiedzmy żwawo lekko ponad 170HR- jednak 6 dni ścigania nie chciałem przeginać nie wiedząc do końca jak organizm zareaguje pod koniec wyścigu, a pierwszego dnia można było ew. stracić kilka minut na tak krótkim dystansie, a jak w ramach zadośćuczynienia za spalanie się na prologu bomba złapie na 90cio kilometrowym etapie Głuszyca-Karpacz, to można stracić godzinę. Spokojna jazda dała 11te miejsce open i chyba 3cie wśród Polaków.

Etap 1
W tym dniu mieliśmy już zakosztować trochę smaczków technicznych, ale nic z tego- w nocy padało na tyle mocno, że niektóre etapy były konieczne do ominięcia. Najpierw zrobiło się trochę żal, ale jak wspomniałem to ostatniego dnia brodząc po pół łydki w bagnie, to może i dobrze, że nas ta „przyjemność” ominęła już na początku. Po wycięciu większości fragmentów szlaku granicznego etap składał się znów głównie z szutrów o idealnych dla mnie nachyleniach rzędu 6-7% i nie było więc dziwne, że jechało mi się dobrze. Prawie cały etap przejechaliśmy razem z Piotrkiem- pewnie max różnice nie wynosiły więcej niż 15sek. … dobra by byłą z nas para na etapówki. Na metę też wpadamy razem. W tym dniu zaliczam moje najlepsze miejsce na tym wyścigu- 4 open i awansuję na 6 w generalce, fajnie, fajnie :), a liderem Darek Poroś, Kinga 4 open, chłopaki (Mateusz i Wojtek) w parze też na 4 miejscu, Paweł i Michał z każdym dniem wyżej- drużyna dość widoczna!

Etap 2
Pierwszy dzień z podróżowaniem. Bagaże rano oddaliśmy do busa Votum- bez tego by było bardzo słabo, a tak to pełna profeska. Dodatkowo dziewczyny i chłopaki z Votum S.A. dbali o podawanie bidonów na trasie, a i w busie były części serwisowe, które jeszcze miały się (niestety) przydać. Meta dziś w Bardzie- do przejechania jakieś 66km- mało, ale z 30km prowadzone szlakiem granicznym. Jakoś zawsze mnie to przyjemność omijała. Jeszcze za czasów MTB Marathon jeździłem Mega w tym cyklu, bo Giga śmigałem równolegle na Bike Maratonie, a na Mega granicznego nie było, więc trochę nie wiedziałem czego się spodziewać. No ale w sumie…nie dane mi było doczekać w pełnej dyspozycji do tego odcinka bo… No właśnie na etapówce najważniejsze, aby przez wszystkie dnia jechać równo, bez defektów i bez poważnych gleb. No ale cóż jakiś błąd popełniłem, za mało dohamowałem na szutrowym zjeździe i wygrzmociłem w teoretycznie najprostszym fragmencie trasy- ot szutrowy zakręt, który dość podstępnie się pogłębiał i się nie zmieściłem, wyniosło na zewnętrzną i na szczęście odbiłem się od jakiejś górki na poboczu, bo jak bym spadł z drogi to by mogło być gorzej. Pozbierałem się (siebie tak, batonika i żela jak się potem okazało już niekoniecznie 😉 ) i wydawało się, że skończy się na kilku szlifach- ba, błyskawicznie doszedłem 3 osoby, które mnie minęły jak leżałem. Jednak adrenalina to jest coś potężnego, ale niestety działa max kilka minut, a potem cóż… biodro boli coraz bardziej, ale jakoś jeszcze jadę.
Zniszczył mnie dopiero szlak graniczny. Błąd z za dużym ciśnieniem w oponach zrobił swoje i do tej pory nie wiem czemu się nie zatrzymałem aby trochę upuścić. Do wszystkich nieszczęść tego dnia dokładam jeszcze iglaki na szlaku granicznym, na które mam alergię, którą potęguje pot- efekt- po tych 30km ręce i nogi to jeden wielki czerwony bąbel. Nie wiem jak to wpływa na wydolność, ale gromadzenie się płynu pod skórą i ogólna reakcja alergiczna z pewnością nie pomagają…. zapamiętać za rok 5x dawka tabletek i cały się wysmarować Fenistilem…może pomoże.
Ogólnie ten etap to dramat dla mnie, pod koniec wiedziałem już że porządne ściganie o topowe pozycje na tej imprezie jest już za mną. Spadek na 11m open i nadzieje, że biodro szybko dojdzie do siebie

Etap 3
Niestety jak to jest przy wszelkiego rodzaju ubiciach i naciągnięciach najgorzej jest drugiego dnia. Na oko bez bólu mogę generować z 200W a tu trzeba jechać z Barda do Głuszycy. Bardzo mi szkoda, bo dziś same smaczki- Kalenica pod którą tak fajnie mi się jechało miesiąc temu na Strefie Sudety MTB, Wielka Sowa…no ale co zrobisz? Nic nie zrobisz… Zaciskam zęby i początek nawet jadę jakoś- znów- adrenalina postartowa 😉 10min i mocniejszy ból powraca no i się trochę tułam z tętnem 150HR. Większa akcja zaczyna się w Srebrnej Górze- na poboczu Darek walczy z kołem, melczko sika, koło się nie kręci, 10 szprych urwanych, dramat lidera. Początkowo ustalamy z Darkiem, że jadę do busa, który jest na przełęczy Jugowskiej i szykuję mu jakieś koło. Potem jednak zmiana zdania, koło nie nadaje się nawet do dojechania do strefy serwisu. Dobrze, że oboje z Darkiem ufamy tym samym sprawdzonym rozwiązaniom i mimo tego, że ja kaseta 9, Darek 11, to system DT pozwolił na zmianę w 3minuty bez narzędzi. Oboje też mieliśmy osie QR przerobione na sztywne 10mm- spasowało się idealnie. Decyzje o pomocy było mi podjąć prosto, w sumie było to naturalnie, już nawet nie chodzi o to, że z Darkiem się przyjaźnimy dobre 12 lat, ale no co ja mogłem w tym wyścigu ugrać z nogą która się nie chce zginać? A Darek walczył o pierwsze miejsce.
Próbuje trochę jechać na zamienionym kole- ale się blokuje w ramie- za bardzo scentrowane. Lekko przesuwam zacisk w ramie i ociera już mniej. Jednak rezygnuję z jazdy gdy zauważam, że guma wytarła trochę lakieru- szkoda ramy. Dobiegam z 4km do busa i tam kolejny dramat. Mamy ze 3 komplety kół, ale nic nie chce spasować. Jedne 29″, ale tarcze o innym standardzie, drugie 27,5″ nawet z tarczami i kasetą 9s, ale bez ośki- system ten sam ale QR9, a moje ośka przerobiona na sztywną. Zaczynam więc szukać tylnej ośki po busach innych ekip, ale to już zachód wyścig międzynarodowy i same asymetryczne z cannondale albo boosty. W tym momencie myślałem, że wyścigu już nie ukończę. Udało się jednak znaleźć oś w walizce Wojtka. Zapinam koło, przerzutkę reguluję już w czasie jazdy i jadę…na 27,5″ na dętce, ale jadę to najważniejsze ;). Podjazd na Sowę w ulewie…cóż co mi tam już wszystko jedno ;). Na zjeździe ktoś leży przede mną- zatrzymuję się i dzwonię ze zdobycznego telefonu po pomoc, bo słabo to wygląda- potem się okazuje że pęknięta miednica i kość udowa, po 15min karetki jeszcze nie ma- w końcu góry, ale Belga przejmuje mąż/narzeczony/facet (kurcze aż mi wstyd, ale nie wiem 🙂 ) Anety Imielskiej, która jest liderką wśród kobiet, a ja dzięki temu mogę jechać dalej.
Strata w generalce po tym etapie już ogromna na tyle, że przestaję na nią patrzeć, ulewa w Głuszycy zmywa resztki nadziei na dobry wynik w tej etapówce…no ale są też zalety. Darek dojechał, wprawdzie gonił z całych sił, 8 minut straty wydaje się, że wszystko jeszcze możliwe. No i dojechałem do mety kolejnego etapu, po takich perturbacjach to też zaleta. Na mecie Maciek- stary znajomy jeszcze z czasów Wrocławskiej grupy MuShellka 😉 (potem się jeszcze okazało że w Challengu jedzie Sławek). Zawitał też do nas Darek- prezes Votum S.A. a to zawsze miłe spotkania. No i znów jesteśmy razem z tym całym majdanem- makaron, sklep, lody i relaks w głupkowatym nastroju- to jest cała magia etapówek to całe ściganie się to tylko dodatek 🙂

Etap 4
Dobra streszczam już relację, bo to zajmie kilka stron. To miał być najdłuższy etap, ale nie był wcale najtrudniejszy- dużo szutrów i dojazdówek. Chyba z 15km ciurkiem po asfalcie. Niby 90km, a wcale się tego nie czuło. Biodro dalej boli, jadę w tlenie co zrobić. Jedynie znów początek adrenalina trochę działa, co wykorzystuję na pomoc Darkowi, który już od startu bierze się za odrabianie strat- urywamy peleton po 100m i robimy z 2minuty przewagi na 5km, odpadam, Darek jedzie dalej, a ja spokojnie wracam do grupy, na przedzie której Piotrek i chłopaki z Mitsubishi nadają piękne spokojne tempo, aby ułatwić Darkowi zyskiwanie czasu….i kto powiedział że kolarstwo górskie to sport indywidualny, w obliczu takiego obrotu sytuacji na wyścigu udało się zorganizować świetną zupełnie nie planowaną akcję złożoną z ludzi z 3 drużyn, coś pięknego. Mało przygód na tym wyścigu? Proszę bardzo jest i kolejna- około 45km łapię coś na zjeździe w przerzutkę i słyszę tylko jeden wielki „trach”. Zazwyczaj w takich przypadkach urywa się hak- nie jest to problem- mam zapasowy- 3min wymiany i po kłopocie. Jednak tym razem poległa cała przerzutka- wózek rozpadł się na dwie części. To był kolejny raz kiedy jestem pewny, że żegnam się z wyścigiem. 12km lecę na hulajnodze- na szczęście potem jest zjazd do Lubawki, gdzie jest bufet i serwis, ale przerzutek to nie maja chyba 😉 Jednak lepiej trafić nie mogłem- z pomocą przychodzi suport Anety i znajduje się identyczna przerzutka jak moja. To też jest wspaniałe na etapówkach jak ludzie sobie pomagają. 3minuty i jadę dalej! Znów w siodle, znów udało się jakoś wykaraskać z beznadziejnej sytuacji. W rewanżu akurat zjeżdżam się po naprawie z Anetą i asfaltowy podjazd jedziemy razem jeszcze po drodze zabierając Michała Matykę z Votum, wiem że za szeroki w barach nie jestem, ale może coś się tam przydałem :). Magicznym momentem był wjazd do Karpacza- lokalizacja z którą mam już sporo wspomnień- maratony, uphille na Śnieżkę, kilka fajnych tripów pieszych. Jest coś w tym- budzisz się rano wyjeżdżasz z Głuszycy, jest wieczór a jesteś w Karpaczu, deptaczek, turyści i oczywiście gofry 😉

Etap 5
Ostatni etap- mniej i bardziej znane trasy w okolicach Karpacza. Były fajne i mniej fajne fragmenty. Zjazd zielonym do Borowic już chyba kultowy i on był fajny- dało się jechać była jakaś tam płynność i radocha. Niestety były też fragmenty, gdzie było przegięcie i z jazdą na rowerze dużo wspólnego to nie miało. Błoto po pół łydki albo kamedrulce takie, że chyba monster truckiem by się może dało przejechać…cóż ja dalej jestem zdania że jeżeli coś jest maratonem etapowym to powinno być maratonem a nie imprezą dedykowaną pod rowery enduro. Ok, wiem że moje umiejętności są jakie są, może do takich zjazdów potrzeba innej psychiki albo raczej klapek na oczy, ale mnogość defektów sprzętu i gleb nawet u dobrze zjeżdżających świadczyła sama o sobie. Z drugiej strony coś było w tej prawie walce o życie, że jak już było po wszystkim to była radocha. Z dwojga złego lepszy taki etap na zakończenie, który zapadnie głęboko w pamięć, niż bujanie się po szutrach. Wtedy ta koszulka Finishera nabiera znaczenia.

Podsumowanie

Najważniejsza informacja- pierwszy Challenge w życiu przejechany i ukończony mimo wielu niesprzyjających sytuacji. Jednak nie tak miało być- miała być walka o top10 i top3 z PL, a po drugim etapie nawet miałem nadzieję na więcej….no ale cóż nie pykło. Nie powiem że jechałem na wyścig zbierać doświadczenia- mimo że to pierwsza 6cio dniówka, to na rowerze nie jeżdżę od wczoraj, większość terenów było mi znanych. No nic nie ma co płakać, za rok też jest wyścig. Dzięki wszystkim, z którymi miałem przyjemność przebywać na imprezie, było przesympatycznie. Ach wynik…bym zapomniał 😉 31 open….no i tylel, wyścig pod względem sportowym nie był dla mnie udany, ale wszytko inne co mnie na nim spotkało było warte pojechania…bo to są właśnie etapówki.

Komentarze