Archiwum kategorii: Relacja

Everesting w Przesiece

Pomysł Everestingu nie kiełkował szczególnie długo w mojej głowie i choć pierwszy tego sformułowania użył w 1994r George Mallory (wnuczek himalaisty, którego życiorys chyba większość z nas zna), to dopiero w 2014 roku wyzwanie zostało dokładnie sklasyfikowane i zostały sformułowane oficjalne zasady. Mi słowo everesting pewnie obiło się o uszy gdzieś kilka lat temu, ale jakoś przeszło bez echa. Trochę bardziej zainteresowałem się tematem czytając relację Tomka na korboludek.pl z pokonywania podjazdu w Przesiece. No i w końcu parafrazując reklamę przyszedł rok 2020 wywrócił wszystko do góry nogami i ludzie zaczęli szukać nowych atrakcji 😉 Dużo znajomych ma za sobą wycieczkę nad morze, ale jakoś mnie to nie kręci…jeżeli już, to bym pokręcił nad Adriatyk- raptem 300km dalej, a morze cieplejsze 😉 No i powrócił pomysł everestingu, a że w Polsce jest to ciągle rzecz wyjątkowa ( bo ma go ukończone na ten moment około 40 osób), to wpadł pomysł, żeby to trochę nagłośnić i przy okazji zrobić coś dobrego.

No ale dobra co to jest ten cały Everesting, bo nie każdy przecież pewnie wie. Ogólnie chodzi o to, aby podjeżdżać jeden podjazd (zjeżdżając tą samą drogą), dopóki nie osiągnie się 8848m przewyższeń. Zasady jasne, są jeszcze dodatkowe punkty/odznaki które można zdobyć np. za podjazd w terenie zabudowanym lub nie po asfalcie. Proste? No to teraz trzeba wybrać podjazd. Nie wiem na ile wpłynęła na mnie relacja Tomka, ale od razu pomyślałem o Przesiece- ile tam się czasu spędziło na różnych zgrupowaniach, pierwszy raz chyba jeszcze w 2004 czy 2005 roku przed Akademickimi Mistrzostwami Polski. Po drugie jest ciekawie, dużo dzieje się dookoła, bo to miejscowość turystyczna, ale nie na tyle aby ruch utrudniał podjeżdżanie (a przede wszystkim zjeżdżanie). W międzyczasie Piotrek Berdzik proponował Bałtyk, ale przekabaciłem go na Everesting, bo też to kiedyś miał w planach. Piotrek zaproponował podjazd z Kamionek na Przełęcz Jugowską i może byśmy tam jechali gdyby pogoda wyklarowała się na piątek a nie na sobotę. W słoneczny czerwcowy weekend Jugowska odpadała właśnie ze względu na spodziewany duży ruch samochodowy.

Zaczęliśmy przygotowania, a ja rozmyślałem jak nagłośnić temat tak aby przy okazji pomóc w zbiórce pieniędzy na rehabilitację Kasi Konwy i Rity Malinkiewicz po ich wypadku. Już na tym etapie spotkałem się z dużą pomocą od ludzi, Tomek Wołodźko zdobył trochę czasu antenowego w Radiu Eska, a Magda ogarnęła materiały do mediów. Ja zająłem się drukowaniem plakatów z informacją o akcji, które miąłem zamiar umieścić w Przesiece. Od Pawła z Im Motion zgarnęliśmy banery, które zawiesiliśmy na starcie i mecie.

Wieczór przed dniem sądu 🙂

Do Przesieki jedziemy w piątek bardzo komfortowo, bo dzięki partnerowi naszego Teamu- salonowi Skoda Gall-ICM podróżujemy wypasioną Skodą Superb Sportline. Dojeżdżamy wieczorem ciut za późno żeby zrobić planowany rekonesans trasy, ale nocujemy na mecie, więc oglądamy sobie drogę z samochodu 😉 Wieszamy baner Im Motion z informacją o akcji i zbiórce dla dziewczyn, po drodze rozwieszamy też małe plakaty na tablicach ogłoszeń. Liczy się każda złotówka, więc jak to czytasz, a jeszcze nie wpłaciłeś, to to dobry moment, żeby sobie zrobić przerwę z czytaniem (LINK!), bo ta relacja będzie długa 😉

3:30 budzik. Piotrek: „To ja w ogóle spałem?” Faktycznie te 4,5 godziny snu to było trochę mało, ale jakoś nie potrafimy się zmusić do zaśnięcia wcześniej. Trochę jedzonka, choć kolację jeszcze było czuć, przebieranie, kontrola temperatury i w sumie jest jasno- można było spokojnie ruszyć 30min wcześniej. Zjeżdżamy samochodem na dół, bo taki mamy pomysł- jedna baza w samochodzie na dole, a na górze jak coś ośrodek Chybotek w którym nocowaliśmy. No i co…4:37 zaczynamy.

Takie widoczki na początku jazdy


4:30- startujemy

Pierwszy podjazd i zjazd zajmują 21:30. Szybka kalkulacja i wychodzi około 14:30 samej jazdy i chyba jest jeszcze rano, bo stwierdzam że do 18 się uwiniemy ;). Oczywiście później podjazdy będą szły wolniej, ale za to na zjazdach nadrabiamy na każdym kolejnym poznając każdą dziurę, piasek, zakręt i rozkład jazdy autobusu nr 4 z którym raczej nie chcemy się zetknąć na zakręcie ;). Drugi podjazd i…zza zakrętu wyłania się Darek Poroś i cyka nam pierwsze zdjęcie na trasie. Darek przebywa z teamem Mitutoyo na zgrupowaniu w Przesiece i w sumie mijamy się z nimi cały dzień, bo mieszkają zaraz przy drodze. Następne okrążenie i na dole spotykamy Tomka. Rozumiecie? Gość specjalnie przyjechał z Wrocławia, żeby nam cyknąć zdjęcia, filmy z drona i przekręcić z nami kilka podjazdów. Tomek mieszkał kiedyś w Przesiece i to trochę dzięki niemu kręciliśmy ten Everesting. Tym samym dołączyła do nas pierwsza osoba, która ma zaliczony everesting (a nawet trzy, z czego jeden wirtualny na Zwift….to musi być kat dopiero). Potem przez cały dzień spotykaliśmy się z wieloma przyjaznymi gestami ze strony znajomych, którzy przyjechali specjalnie do Przesieki albo samochodem, albo tak zaplanowali trening, żeby tędy przejechać. Poznaliśmy też kilka osób, które dowiedziały się o akcji z wydarzenia na FB lub z plakatów, które rozwieszaliśmy w Podgórzynie i Przesiece. Chwilę po tym jak odjechał Tomek, łapie nas na podjeździe Wojtek i samochodem eskortuje prawie całą drogę na górę. Następnie spotykamy sympatyczną parę- Natalię i Konrada. Na bufecie łapie nas Radek z całą grupą. Kilka kółek kręci z nami też chłopak, który przyjechał na nocleg do Chybotka. Mija kilka chwil i mijamy się z Patrycją, a jak Patrycja, to kilka kółek dalej widzimy się z Jeziorem…po prostu co kółko mamy towarzystwo. Podjeżdża się super, zupełnie nie czuć upływającego czasu i dystansu. Mija chwila i dojeżdża Bożenka (ma na koncie ukończony Everesting z Podgórzyna na przełęcz Karkonoską). Jakoś po 16 z obiecanym arbuzem wpadają Gosia i Piotrek. Tym samym spotykamy dziś trzecią i czwartą osobę które ukończyły Everesting- Piotrek już 3 razy, Gosia robiła swój pierwszy 2 tygodnie temu. Potem jeszcze wpada Karolina, która kręci trening po okolicy. Gdzieś na trasie spotykamy Bartka, który kibicuje, kręci film, który potem wrzuca na stronę wydarzenia na FB- dzięki. Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem…do popołudnia było serio sporo osób.
Popołudniem wpada Kasia z makaronem i robimy sobie jedną dłuższą, pewnie z 30min, przerwę na jedzenie i 0% piwko, bo przez ostatnie godziny słońce grzeje niemiłosiernie.

Dzięki Tomek za natchnienie, wsparcie i zdjęcia 🙂


Auto chroniące z tyłu- prawe jak na wielkich tourach. Dzięki Wojtek.


Dobra ekipa nie jest zła 🙂


Podjazd z Patrycją na półmetku everestingu


Z Bożenką pojechałem na tym everestingu jedno z najszybszych okrążeń 😉

No właśnie. Jeżeli chodzi o warunki, to wiadomo zawsze może być gorzej, ale idealny dzień to nie był. Praktycznie 10-17 to straszny skwar. Wiatr niestety też południowy, choć teren zabudowany dość dobrze go blokował, ale czasem dawał się we znaki. No i w końcu burza. Przesiedzieliśmy godzinę między 20 a 21 w samochodzie. Po burzy zjeżdżało się wolniej, no i ostatnie 6 podjazdów kręciliśmy po zmroku.

Pierwsza 1/3 wyzwania poszła dość gładko- uwinęliśmy się z tym od 4:30 do 10. Jednak rano kręciło się fajnie- mały ruch samochodowy, znośne temperatury i mało postojów na jedzenie. Realnie można było zacząć wcześniej, może około 3:30.

No ale dobra wracamy do jazdy- powoli sprawdza się prognoza pogody i zaczynają się kumulować burze. Pierwsza około 17 na szczęście nas mija i dzięki temu mamy też pierwsze 30minut tego dnia bez słońca co przyjmujemy z ulgą. Gdzieś koło 18 robimy jeszcze szybką przerwą na loda w OW Kaliniec, aż dziwne że dopiero teraz :). Zostaje do podjechania jakieś 2tyś metrów. Powoli zbliża się burza, która nas raczej nie ominie, sprawdzamy radary i kalkulujemy czy bardziej opłaca się jeździć w deszczu czy przeczekać w samochodzie. Decydujemy się na to drugie, jako że i tak jeszcze mieliśmy zaplanowane ostatnie większe jedzenie. Jeszcze przed deszczem kolejna miła niespodzianka a nawet dwie. Najpierw Ewa czeka na nas na końcu naszego podjazdu, chwilkę gadamy, aż szkoda że tak krótko, ale powoli zaczynamy czuć upływający czas i to że będziemy kończyć gdzieś koło północy. Jeszcze jeden podjazd przed deszczem i kolejne miłe zaskoczenie- tym razem kompletna niespodzianka, bo czeka na nas Ola i to z całym zestawem ciasta :D. Obie dziewczyny nas bardzo podbudowały, specjalnie przyjechały z Jeleniej Góry żeby nas choć chwilkę podopingować. Dzięki, to było super świetne :*.
Koło 20 zaczyna padać i chowamy się w aucie. Jemy i dumamy co dalej. Chwilkę jaką mamy wykorzystujemy na obliczenia. Segment po którym jeździmy ma 215m przewyższenia, więc pokonując go 41 razy mamy bardzo mały zapas. Choć faktem jest że zaczynamy nieco poniżej i kończymy nieco powyżej startu i mety segmentu. Trochę niepewności wprowadzają odczyty z Garminów. O ile nowszy model Piotrka pokazuje dość realne dane, o tyle mój zaniża stabilnie o 10%, a po burzy zwariował na tyle, że na ośmiu podjazdach zliczył może 300m przewyższenia. Tak czy siak decydujemy pojechać o jeden podjazd więcej niż zakładaliśmy, choć nie było to chyba konieczne, jednak zaufaliśmy radom bardziej doświadczonych everesterów. W sumie głupio by było, gdyby nie udało się zaliczyć oficjalnie wyzwania. Gdzieś przed 21 przestaje padać- nawet szybciej niż to wynikało z radaru. Asfalt przez to, że nie jest tam idealnej jakości, dość dobrze ukrywał w porowatościach wodę i mimo że przestało padać chwilę temu, to prawie nic nie chlapało. Zostało 8 podjazdów, z czego 2 udało się jeszcze zrobić w półmroku. Podjazdy po zmroku miały swój urok. Ruch uliczny praktycznie ustał, tylko kilka grupek turystów siedziało pod schroniskami. Ogólnie te 8 podjazdów po deszczu minęło szybciej niż myślałem. 3 do końca, 2 do końca, 1 do końca-ostatni! I co? Oczywiście nie jesteśmy sami- mimo tego, że zbliża się 1 w nocy pod Chybotkiem czeka na nas ekipa z Mitutoyo. Ostatni zjazd i oficjalnie kilka minut przed pierwszą kończymy Everesting!

Tak wyglądała końcówka podjazdu koło OW Chybotek/Marzenie Fot. Tomek Bondarewicz / korboludek.pl


Witamy w Przesiece…42 razy 😉 Fot. Tomek Bondarewicz / korboludek.pl

Sama jazda odbyła się dość spokojnie. Praktycznie brak sytuacji awaryjnych. Nie licząc jednego prawie rozjechanego kota, jednego psa i jednego auta wyprzedzającego na zakręcie na czołówkę (jedno na 16h jazdy to całkiem dobry wynik). Po zmroku drogę przebiega nam locha z dwoma małymi, a po krzakach chowają się sarny, no a koło drogi oczywiście chodzi lisek ;). W nocy zjeżdżamy dużo spokojniej- po pierwsze jest ciemno, więc mimo lampek dziury są mniej widoczne- choć praktycznie pamiętamy każdą z nich. Po drugie mokry asfalt, zawsze trochę bardziej śliski. Po trzecie właśnie z uwagi na dzikie zwierzęta. Na szczęście w godzinach 22-24 działa oświetlenie uliczne co trochę pomaga.

Czasy okrążeń utrzymywały się dość stabilnie na około 21minut +/-30sek przez mniej więcej pierwszą połowę, czyli 21 podjazdów, potem zaliczaliśmy lekkie spadki tempa, a czasy zbliżały się do 23minut. Natomiast ostatnie 6 okrążeń po ciemku to już około 25minut na jeden podjazd i zjazd. W sumie nie miałem jakiejś specjalnej ściany czy dołka, pilnowałem jedzenia i picia i jakoś noga się kręciła. Gorsze czasy pod koniec wynikały bardziej z ostrożniejszej jazdy po zmroku i jakoś tak mam, że jak jest ciemno i nie widzę cyferek na liczniku, to zawsze wydaje się, że się jedzie mocniej.

Sam organizm na taki wysyłek zareagował dość dobrze. W sumie nie wiedziałem czego oczekiwać, bo dotychczas najdłuższe wytrzymałościowe jazdy i biegi to około 10h, a tutaj było sporo więcej. Jeżeli chodzi o nogi to zupełny luz- zero bólu, zmęczenia, skurczów itp. No w końcu jedzie się to raczej wszystko w tlenie. Średniej jakości asfalt trochę dał się we znaki, choć w sumie i tyłek i stopy jakoś nie stwarzały problemu. Jakoś przez kilkanaście zjazdów w połowie zaczynało mnie pobolewać coś pod łopatką, ale potem przestało. Jedyny większy problem pojawił się dopiero po everestingu- musiałem ubić jakiś nerw, bo ze 3 dni mi drętwiały palce podczas zaciskania lewej dłoni. A tak to oczywiście- ogólne zmęczenie całego organizmu, ale nie jakieś dramatyczne. W każdym razie po biegowych 10cio godzinnych rogainingach czułem się zazwyczaj dużo gorzej (no ale może to dlatego, że przygotowanie do nocnego biegu na orientację po lasach około 60 trwało zazwyczaj jakieś 5-6 przebieżek po sezonie 😉 ). A i taka ciekawostka- przez te 20 godzin przyjąłem około 11 litrów płynów czyli lekko ponad 1/7 mojej wagi całkowitej 🙂

Zmarzlak vs. mors 😉 Fot. Tomek Bondarewicz / korboludek.pl


Fot. Piotr K-ski

Po pierwszym everestingu człowiek oczywiście mądrzejszy i może kilka rzeczy by dało się zrobić inaczej. Podjazd w Przesiece na Everesting idealny nie jest to na pewno- asfalt powiedzmy 6/10, dużo zakrętów, na których raczej trzeba trzymać się na swoim pasie, dużo dohamowań z racji na ostrość i profil tych zakrętów. No i teren zabudowany, trzeba uważać na psy, koty i ludzi (ale za to jest dodatkowa odznaka na everesting.cc 😉 ). Ruch turystyczny był uciążliwy w sumie tylko tak w godzinach 11-12. Przesieka to na szczęście nie jest Karpacz czy Szklarska. Na zjeździe może raptem 2-3 razy byliśmy mocniej blokowani przez zjeżdżające samochody, więc tu nie było dużej straty czasu. Jednak mimo wszystko bardzo się cieszę, że udało się pojechać Everesting w Przesiece, to jest dla mnie jedno z bardziej magicznych miejsc.

Kiedy spotykaliśmy rano Tomka dziwiłem się, że mu się chciało przyjeżdżać specjalnie. Teraz już się nie dziwię. Wiem jak ciężko jest wykonać Everesting (świadczy o tym choćby ilość osób w Polsce, które ma go ukończone) i wiem jakim wielkim wsparciem są osoby na trasie. Jedną z trudności jest to, że ciągle pokonuje się ten sam podjazd- jadąc z kimś nie myśli się o tym. że to jeszcze tyle i tyle zostało podjazdów, nie patrzy się na baaaardzo wolno zmieniające się cyferki na liczniku. Po prostu chwilka pogaduch, trochę śmieszków z byle czego i pyk jest się na górze. Jeszcze raz dzięki- bez Was byśmy nie dali rady. No i oczywiście podziękowania dla Piotrka, udało nam się zrobić razem kolejną fajną akcję 🙂

Prawo, lewo, prawo, lewo i tak do samego dołu. Fot. Tomek Bondarewicz / korboludek.pl


Fot. Tomek Bondarewicz / korboludek.pl

Dziękujemy też w imieniu Kasi i Rity. Mamy nadzieję, że dorzuciliśmy się naszą akcją do zbiórki. Byliśmy trochę widoczni w mediach przed everestingiem, poobklejaliśmy każdą tablicę ogłoszeń w Przesiece plakatami z informacją o akcji i zbiórce. Kto jeszcze nie wpłacił ten ma jeszcze okazje- dużo już nie zostało! Link do zbiórki.

Link do artykułu w Radiu Eska. Na końcu jest podcast z pełną audycją

Aktywność na Stravie

Oficjalna strona na everesting.cc

Dane z licznika:
Przewyższenie: 9321 ze Stravy, realnie 9114m
Dystans: 331km
Średnia: 21km/h
Czas jazdy: 15:56
Czas całkowity: 20:06
Średnie tętno: 134bpm
Moc NP: 204W
TSS: 565
Kalorie: 9068kcal.

XV Strzeliński Rogaining

Jutro drugi etap miejskich biegów na orientację Wrocław Night o Fight. Z tej okazji kilka słów na temat Strzelińskiego Rogainingu, w którym to już po raz czwarty braliśmy z Piotrkiem udział. Impreza miała miejsce w Szklarach w nocy z 18 na 19 listopada i w skrócie polegała na zebraniu jak największej ilości punktów za znalezienie odpowiednio wartościowych (od 4pkt. do 8pkt.) PK (punktów kontrolnych). Na całość było przewidziane 10 godzin, a pole bitwy w tym roku wyglądało tak:
Mapa

Po chwili rozkminy postanowiliśmy zacząć od punktów na południe: 4C->5C->8C i potem zataczać łuk po wschodniej stronie mapy, trochę po północnej jeżeli wystarczy czasu, a kończąc na zagęszczeniu punktów w lesie na wschód od bazy w Szklarach. No i nawet się jakoś udało zrealizować plan, wyszło o tak KLIK- to się mapa otworzy w nowym oknie.

Ogólnie do PK 7a wszystko szło jak z płatka. Normanie sami nie wierzyliśmy że tak dobrze idzie, ale w głębi serca wiedzieliśmy, że tak nie może być do końca;). W tym roku warunki atmosferyczne były dość łaskawe- padało tylko przez pół godzinki ;), ale najważniejsze że nie było mokro. Jeszcze nigdy na tej imprezie nie miałem tak sucho w butach. Jedyne co doskwierało to dość mocny wiatr, ale większość trasy jednak była po lasach. Odnośnie nawigacji, to było lekkie utrudnienie w postaci mocnych wycinek lasów i wielu dróg dojazdowych dla sprzętu, których nie było na mapach. Wracając do zmagań- na 7a straciliśmy z pół godziny albo i lepiej. Atakowaliśmy punkt z dwóch stron i w obu przypadkach popełnialiśmy jakiś błąd. Tyle dobrego, że punkt w końcu został odnaleziony i poświęcony czas nie poszedł na marne. No i albo tak się zmęczyliśmy na szukaniu, albo źle się zorientowaliśmy, że na 5d wybiegliśmy złą ścieżką (bo po co patrzeć na kompas i kontrolować kierunek) i znów ze 2km nadrobione niepotrzebnie. Tyle dobrego, że już potem oprócz malutkiej wtopy na 6a wszystko poszło gładko.

Ogarniamy mapę 3:30 w nocy :)

Szkoda trochę straconego czasu, bo jeżeli byśmy mieli zapas, to zahaczylibyśmy jeszcze o 7c i jak się potem okazało by to miało duże znaczenie, ale o tym zaraz. W sumie ta edycja była jakaś spokojna. Większość PK w takich w miarę normalnych lokalizacjach, nic nas nie goniło, saren raptem kilka, kilka świecących par oczy w ciemnym lesie….choć zgodnie stwierdziliśmy, że tak jest tylko dlatego, że biegniemy we dwójkę. Nie wyobrażam sobie takiego biegu samemu, bym chyba 10x w portki zrobił :). No ale dobrze jest- z każdym rokiem postęp. W tym roku prawie 60km w nogach i nasz rekord- 114pkt. No i czwarte miejsce! Tak wysoko jeszcze nie byliśmy…szkoda tego zmarnowanego czasu- jeżeli byśmy go poświęcili na 7c, to byśmy byli drudzy! No ale cóż i tak był to nasz najlepszy występ. Sama Impreza i organizacja jak zwykle super fajna. Do zobaczenia za rok 🙂

Szczęśliwi na mecie Bigosik na Rogainingu o piątej rano zawsze smakuje idealnie :) Wreszcie cieplutko

Podsumowanie sezonu 2016 i trochę aktualności

Sezon 2017 już bliżej niż dalej, a ja ciągle nie podsumowałem poprzedniego. No ale w końcu znalazłem trochę czasu i odpowiednia strona pojawiła się już na www. A co nowego? No cóż- robię wszystko, aby sezon 2017 był lepszy niż 2016. Zrobione dobre cykle wytrzymałościowe w grudniu na szosie, a na początku roku na biegówkach (5 dni w górach to jest to!), teraz trochę większy nacisk na siłę. W kolejnym tygodniu trochę lżej, później zostaje jeden mikrocykl treningowy, odpoczynek i zgrupowanie! Czyli jeszcze miesiąc zimy, a potem laaaato :). Ten weekend choć zimny, to udało się coś pojeździć na szosie. Ogólnie wszystko zgodnie z planem. W międzyczasie zacząłem się jeszcze bawić na Instagramie i zmontowałem filmik z biegówek- zobaczcie jak było bajecznie w Karkonoszach:

Sezon na orientację czas zacząć!

Po tych moich październikowych truchtach czas gdzieś wystartować. Jesienią i zimą zazwyczaj bawię się trochę (wbrew mojemu wrodzonemu brakowi zdolności) w biegi na orientację. Strzeliński Rogaining i Mini Nocna Masakra na stałe zagościły w moim spisie imprez, w których trzeba wziąć udział. Rok temu dołożyłem do tego jeszcze cykl miejskich biegów na orientację Wrocław Night O Fight.
Aktualnie jestem po Rogainingu, w którym wystartowałem jak zwykle z Piotrkiem. RELACJA właśnie wleciała na serwer.

Jeszcze humory się trzymają, to pewnie przed północą :) Na trasie City Trail- pełna kontrola ;)

A jeszcze tydzień wcześniej tak dla picu pobiegłem sobie cross (Wrocław City Trail) w Lasku Osobowickim- niby tylko 5km, ale pełen gaz- średnie tętno 182 i max 189 mówią samo za siebie…też fajnie :). Ominęła mnie niestety pierwsza edycja WNoF, a Mini Nocna Masakra też mi trochę zbladła jak się okazało, że Piotrka biodro odmówiło posłuszeństwa po Rogainingu….kto chce ze mną pobiec?, bo ja się sam po ciemku boję 😉

A tak ogólnie co słychać? Skończyłem roztrenowanie, zaczynam usystematyzowane treningi, tyranie na siłce no i jak to jesienią- czasem cieszę się słoneczkiem, czasem dane pojeździć w magicznych porannych mgłach, a i zdarza się dostać śniegiem po gębie. Szosówka czeka na swoją okazję, ale na razie pierwszy treningowy weekend warunki były raczej na CX.

Słoneczkko :) Czasem opłaca się pojeździć z rana :)

Ostatni wyścig w tym roku!

Bike Maratonem w Świeradowie w ubiegły weekend zakończyłem starty w sezonie 2016. Wyścig wyjątkowy, jeden z cięższych jakie jechałem, a to wszystko za sprawą pogody- szczegóły w RELACJI.

Podsumowanie Pucharu Polski XCM 2016

Ostatnie dwa weekendy upłynęły pod znakiem Pucharu Polski XCM- najpierw przedostatnia edycja w ramach Bike Maraton w Ludwikowicach Kłodzkich, a w ostatnią niedzielę finał w Kielcach organizowany przez Mazovia MTB podczas Bike Expo. Opis skrótowy nawet nie w dziale relacje, tylko tutaj w formie wpisu, bo zaraz chcę się skupić na całokształcie pucharu, szczególnie, że kilka osób mnie o to prosiło.

Ludwikowice Kłodzkie- nowa lokalizacja, długi podjazd na sam początek, który fajnie ustawił stawkę, ciekawie rozwiązane trasy w okolicy Wielkiej Sowy, bo zarówno ten podjazd jak i zjazd nie był chyba nigdy wykorzystywany podczas wyścigu. Potem trochę mniej wymagające technicznie odcinki, w sumie taki akurat maraton na końcówkę sezonu. Jechało mi się całkiem spoko, choć rozkręciłem się dopiero na drugim kółku i udało się jeszcze 3-4 osoby wyprzedzić na ostatnich 15km. Wynik open marny, bo 18m, no ale trochę elity walczyć o punkty Pucharu Polski się zjechało, ważne że pierwsze miejsce w M3, więc wpadło 700pkt do generalki Bike Maraton, co mi pozwoliło trochę odetchnąć jeżeli chodzi o klasyfikację przed finałem w Świeradowie. 1m. również w Pucharze Polski w kat. Masters I.

fot. Anka Aries-Baran Dekoracja PP Masters I fot. Kasia Rokosz https://www.facebook.com/kasiarokoszfotografia/?fref=ts

Mazovia Kielce. Cóż mój pierwszy raz na Mazovi w życiu i powiem tak…cieszę się, że ścigam się w górach. Do tego jeżdżąc w większości w cyklu Bike Maraton nie zauważa się jak dobrze jest on zorganizowany. Małe szczególiki, które stanowią o jakości imprezy, małe szczególiki, które składają się na całość. Tracki gpx, profile i mapy, dokładne informacje o trasie, trzymanie się ramówki godzinowej, zabezpieczenie trasy przed samochodami i dopięcie masy małych rzeczy- tego niestety na Mazovi zabrakło. No bo jak może być, że 20m po starcie zawodnicy natrafiają na bramę automatyczną, która dopiero się otwiera, jak może być, że nagle na 5km zza zakrętu wprost na peleton jedzie z przeciwka rozpędzony samochód, jak może być, że jadąc wzdłuż torów trafia się na trzy busy remontujące trakcję i zostaje 0,5m na przejazd. Przecież ja sobie wyobrażam co się działo w dalszych sektorach, gdzie ścisk i tłum. Ja byłem pewny, że przy tym poziomie dogadania się z różnymi służbami, to po wjeździe na wiadukt kolejowy zaraz przemknie obok pendolino 😉
Dobra koniec biadolenia- miało być skrótowo 😉 – wyścig szybki, bardzo szybki, sekcja „górska” minęła w oka mgnieniu i została dojazdówka do mety, ale ostatnio w sumie już od MP XCM taki schemat wyścigu się powtarza i w sumie mi pasuje, potrafię się zagiąć i jadąc sam mocno deptać w pedały utrzymując a nawet zyskując pozycję. Kończę na 10m open podczas Pucharu Polski XCM….nawet fajny wynik na koniec sezonu. Przyjeżdżam jako pierwszy Masters pieczętując tym samym zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Polski!

Przygotowania do wyścigu Początek wyścigu fot. fotolinks.pl https://www.facebook.com/fotolinks.wyszukiwarka/?fref=ts Dekoracja za edycję fot. TMFoto https://www.facebook.com/tmfot/ Zwycięzcy poszczególnych kategorii wiekowych. fot. Mazovia https://www.facebook.com/mazoviamtb/?fref=ts Puchar Polski kat. Masters I 2016!!! Tak to wygląda :)

No właśnie przechodzimy tutaj do meritum tego wpisu. Puchar Polski XCM. W sumie przed sezonem się na niego nie nastawiałem, choć powiedzmy brałem pod uwagę, szczególnie że 3 edycje podczas BM i tak miałem w planie, a reszta to się zobaczy. Ostatecznie udało mi się wygrać i choć patrząc na generalkę to mam mieszane uczucia co do tego zwycięstwa, to cóż jak to mówi klasyk- wygrana jest wygraną- nieobecni nie mają racji. Bo kto ludziom broni się ścigać, kto broni wyrabiać licencje PZKol Masters i rywalizować w Pucharze? Idąc tropem rozumowania niektórych głoszących hejty „eeetam taka wygrana jak nikt na te puchary nie przyjeżdża” (abstrahując do tego że obrażają moich rywali), to możemy dojść do wniosku (oczywiście mocno koloryzując), że to nie Nino powinien być mistrzem świata, bo przecież na świecie jest tyle ludzi, co się nie ścigają na rowerze- z pewnością ktoś by był lepszy gdyby trenował całe życie i przyjechał na MŚ. Niestety taka u nas zawistna natura, za mało słońca jak to śpiewał Kazik i zazwyczaj najwięcej do powiedzenia mają Ci, których sprawa nie dotyczy.
Tylko właśnie….kogo dotyczy. W czasach kiedy to nastroje anty PZKol są bardzo mocne wyrabianie licencji (nawet tej Masters) jest postrzegane wciąż jako sprawa zarezerwowana tylko dla kolarzy wyczynowych i w sumie….nie za bardzo potrzebna.
Podczas Kielce Bike Expo miało miejsce spotkanie Komisji MTB, organizatorów i kilku kolarzy, w którym miałem przyjemność brać udział. Spotkanie uświadomiło mi, oprócz innych rzeczy, jak długa droga jeszcze przed cyklami PP XCO i XCM. Długa i jednocześnie nie za bardzo widać inną, bo postrzeganie Pucharu nie zmieni się ot tak, w 2017 nie będzie nagle 30 licencjonowanych Mastersów, wszystko jest bardziej rozwleczone w czasie, cóż to chyba musi działać na zasadzie ewolucji, bo rewolucja przy oporze PZKol chyba jest nie za bardzo możliwa. O ile w XCO po tym jednym roku „testowym” gdzie organizator miał obowiązek przeprowadzać wyścig kategorii bez licencji + licencjonowany Masters, jest szansa na oficjalne wyścigi Masters w kategoriach regulaminowych UCI i już oficjalnie w ramach Pucharu Polski o tyle w XCM jakoś mi to się widzi trochę mniej kolorowo.
No ale jak ma być kolorowo….niestety rozdysponowanie pucharu na kilku organizatorów maratonów MTB prowadzi do bardzo dużych rozbieżności i zdecentralizowaniu całego pucharu. Niby jest regulamin, no ale co z tego jak np. taki regulamin stanowi „Przewidziane są dodatkowe nagrody finansowe i rzeczowe w klasyfikacji generalnej o których poinformuje organizator finałowej edycji Pucharu Polski.”. Organizator nie tyle nie poinformował, ale oczywiście nagród też nie zapewnił. Jednak zostawmy nagrody- każdy kolarz, który się u nas pościgał wie, że nie jeździ się dla nagród i i tak jak się jest już Mastersem po karierze 😉 to trzeba mieć regularną pracę.
Znów jak ma być kolorowo jeżeli dekoracja za generalkę Pucharu Polski wygląda jak wyglądała. Było słabo, bardzo słabo. Zapraszam za tydzień do Świeradowa, żeby zobaczyć jak się robi dekoracje za klasyfikacje generalne. Jeżeli organizator bierze na siebie edycję finałową PP, to powinien się w to choć trochę zaangażować, a nie traktować to jak piąte koło u wozu. Najlepsze jest to, że duży problem jaki się zrodził nie był wcale problemem. Organizator twierdzi, że wyczytywał w klasyfikacji generalnej tylko zwycięzcę danej kategorii, bo z PZKol dostał tylko jeden puchar. No ale ja się pytam co z tego? Czy nie można było wyczytać godnie całego podium, a wręczyć jeden puchar- zrozumiałe- w końcu Puchar Polski jest jeden, a dwie osoby mogły dostać cokolwiek, dyplom, medal albo nawet nic. Bo tu nie chodziło o jakieś głupie medaliki, których się nam zawodnikom walają dziesiątki. Chodziło, żeby stanąć razem z przyjaciółmi na podium i cieszyć się razem chwilą. Ja w ogóle nie za bardzo rozumiem jak można być zawodowym organizatorem imprez i tak nieprzemyślanie podejść do dekoracji za klasyfikację generalną pod kątem nawet marketingowym. Przecież każda osoba na podium to kolejne zdjęcie, które pójdzie w świat i jeżeli by wszystko było fajnie, to organizator na pewno by na tym nie stracił, a tak jest kwas, który będzie się ciągnął.

Spotkanie komisji MTB. Fot. Maratony MTB / XC https://www.facebook.com/maratony.MTB.XC/?ref=page_internal

Cały problem Pucharu Polski czy to XCO czy XCM leży właśnie w braku trzymania jednego równego i co ważne wysokiego standardu zarówno pod względem atrakcyjności/ trudności tras, jak i pod względem oprawy przez wszystkich organizatorów. Sęk w tym, aby ustalić bardzo szczegółowe zasady i chyba to powinien być początek dobrego kierunku na sezon 2017.

Mam szczerą nadzieję, że w 2017 PP XCM oraz XCO dla Mastersów się odbędzie i to na lepszych zasadach niż w tym roku. Czasem znajomi mówili w tym roku „a może też bym sobie taką licencję Masters w 2017 zrobił” i to jest dobry wybór. Tyle, żeby ich w tym wyborze ugruntować, to nie może być tak że regulamin Pucharu pojawia się w marcu a organizator MP XCO jest znany chyba jeszcze później. Nie może być tak, że wracamy do domu z dyplomem i uściskiem prezesa- ja wiem, że wg niektórych Mastersi to trochę podkategoria, która karierę ma już za sobą. Jednak istnieje w nich spora grupa, która nie ściga się od 10 roku życia, zaczęli nie tak dawno i nie mają szans konkurować z zawodnikami z 20letnim stażem, a kat. Masters to jedyne co im pozostaje życu, poświęcają temu sportowi 20 godzin tygodniowo i często gęsto pracę zawodową i życie rodzinne i po prostu fajnie by było czasem wrócić z sobotniego wyścigu, gdzie nie było się w domu cały dzień i zabrać żonę za wygraną kasę w jakieś fajne miejsce. Nie może być w końcu tak, że jedzie się na drugi koniec Polski, żeby się porządnie pościgać, a sędzia mówi że czas dla Mastersów i Amatorów to 40min bo mają obsuwę…..tylko pytanie jak przebić beton w wiadomej instytucji, choć kropla drąży skałę, więc z betonem też może sobie poradzi z roku na rok….

Relacja z Mistrzostw Polski w Maratonie MTB

W tym roku Mistrzostwa Polski w Maratonie wreszcie wróciły w góry i oby tam zostały, bo na taki wyścig jest sens jechać- w końcu istotą Maratonu MTB są długie wymagające podjazdy i techniczne zjazdy i niczego z tego nie zabrakło w Jeleniej Górze. Wysoki poziom trasy i wpisanie wyścigu do kalendarza UCI Marathon Series sprowadziło na start całą polską czołówkę i wielu zawodników zagranicznych. Szczegóły ze ścigania w RELACJI, a w skrócie cóż mogę powiedzieć….znów 4te miejsce, które chyba powoli zaczyna mnie prześladować w różnego rodzaju generalkach i imprezach rangi mistrzowskiej…szkoda, choć nie ma co płakać, był dobry wyścig, a będzie jeszcze wiele lepszych!

Relacja z Sudety MTB Challenge

Ufff się trochę rozpisałem, ale było o czym- pokaźna relacja z Sudety MTB Challenge właśnie wjechała na www:
ZAPRASZAM

Późno bo późno, no ale pisałem na Facebooku już dlaczego- niezłe kombo za mną, najpierw etapówka, potem wakacje, potem wesele, potem nadrabianie w pracy, ale powoli się odnajduję i nawet treningi zaczynają wchodzić- długi weekend miał u mnie 4 dni z czego 3 mocne treningowo….dziś szczególnie fajnie się udało, bo myślałem, że już będę zdychał, a jednak miłe wprowadzenie na początek w grupie o tak:

IMG_20160815_121958

…a potem 2x Przemiłów i 6x Tąpadła weszła aż miło 🙂
https://www.strava.com/activities/676936148

Podsumowanie festiwalu czerwcowych niepowodzeń i kilka fotek z dzisiejszej jazdy

Zebrałem się w końcu i na www pojawiła się zbiorcza relacja ze ścigania w czerwcu. Cóż było jak było, ważne że wszystko idzie chyba w dobrym kierunku.

A teraz kilka zdjęć, bo byłem dziś w fajnych miejscach. Trening wysiedzeniowy ma tą zaletę, że można nie jechać po raz 200 w tym roku do Żórawiny ;). Za cel obrałem sobie Lubiąż i tamtejsze pocysterskie opactwo- chyba już z 15 lat tam nie byłem….akurat odbywała się tam jakaś impreza, niby art cośtam festiwal, ale w sumie to dużo tej sztuki nie widziałem, może we wnętrzach, no ale co tam, fajnie że coś się dzieje ;). Natomiast sam budynek jest prze-o-gr-o-mny. Już zapomniałem jakie robi wrażenie. Jest to drugi co do wielkości obiekt sakralny na Świecie! Cóż jeszcze sporo jest do odremontowania, ale potrzebne są na to ogromne nakłady. Na szczęście jest już zrobiony dach (o powierzchni raptem 2,5 ha!), więc warunki atmosferyczne nie psują wnętrz, trzeba sie kiedyś wybrać na zwiedzanie.

Lubiąż, ujęcie 1- pole namiotowe ;) Lubiąż, ujęcie 2- ludzi pełno, ciężko o fajny kadr żeby było widać sam zabytek. Lubiąż, ujęcie 3- parking ;)

A jak już byłem na zachód od Wrocławia, a kręcę tutaj niezmiernie rzadko, to pojechałem jeszcze zobaczyć nad rzekę Kaczawę i pobliskie stawy i rezerwaty. Powiem tak- Strava heatmap powinno mieć opcję „pokazuj trasy tylko dla rowerów szosowych” 😉 Dawno mnie tak nie wytrzęsło 😉 Dziwne, bo nawet sporo sprawdzałem na google street view, no ale naciąłem się na kostkę w kilku wioskach. Między wioskami asfalt ale strasznie marny….a w samych okolicach rezerwatu przyrody, to w ogóle chyba zaliczyłem z 10km szutrem 😉 Cóż z oponami 26mm to prawie jak Gravel Bike 😉 Szuter bardzo przyjemny a na oponach (co dobra opona to dobra opona) S-Works Turbo żadnych nowych, dużych śladów. Same okolice na północny wschód od Legnicy fajne, naturalne, żeby nie powiedzieć lekko zapomniane przez cywilizację, no właśnie tylko te drogi….kiedyś chyba trzeba tam się wybrać na MTB zjeździć okolicę.

Takie asfalty! Wręcz dwupasmówka ;) Gravel Bike, o! Nad jednym ze stawów. Do mnogości ptactwa doliny Baryczy daleko, ot kilka kaczek i łabędzi w oddali ;) I tak na zmianę, kostka, szuter, dziurawy asfalt przez 30km Malczyce w ruinie, nic się nie ostało, a kiedyś była cukrownia, papiernia, port,

Oczywiście na koniec w okolicach trzeciego fajnego miejsca, czyli Łęgów nad Bystrzycą dostałem burzą po gębie, ale po 3 minutach wyszło słońce, więc nawet miło 🙂 a na koniec pyszny placek po węgiersku na obiadek w domu, no! Udany dzień 🙂

Jest lipiec- burza musi być! :) Po taki obiad to ja mogę codziennie 6h jeździć ;)

Relacja ze Zdobywania Pradziada

Sam nie wiem czemu dopiero w tym roku wystartowałem w XXIV Ogólnopolskim Rajdzie Kolarskim „Zdobywamy Pradziada” – jazda indywidualna na czas- przecież lubię podjazdy, czasówki, lubię ładne góry i Czechy- a tu mam wszystko na raz jednego dnia. Czechy to trochę inny stan umysłu, czego ja tam nie widziałem przez te kilka godzin 😉 Sam wyścig udało się wygrać i zejść poniżej 30 minut. Na dokładkę „rozjazd” z Pawłem czyli ponad 70km i 1500m w pionie ;), a na deser Syr, Kofola i Studencka, jest git! Zapraszam na relację 🙂