XV Strzeliński Rogaining

Jutro drugi etap miejskich biegów na orientację Wrocław Night o Fight. Z tej okazji kilka słów na temat Strzelińskiego Rogainingu, w którym to już po raz czwarty braliśmy z Piotrkiem udział. Impreza miała miejsce w Szklarach w nocy z 18 na 19 listopada i w skrócie polegała na zebraniu jak największej ilości punktów za znalezienie odpowiednio wartościowych (od 4pkt. do 8pkt.) PK (punktów kontrolnych). Na całość było przewidziane 10 godzin, a pole bitwy w tym roku wyglądało tak:
Mapa

Po chwili rozkminy postanowiliśmy zacząć od punktów na południe: 4C->5C->8C i potem zataczać łuk po wschodniej stronie mapy, trochę po północnej jeżeli wystarczy czasu, a kończąc na zagęszczeniu punktów w lesie na wschód od bazy w Szklarach. No i nawet się jakoś udało zrealizować plan, wyszło o tak KLIK- to się mapa otworzy w nowym oknie.

Ogólnie do PK 7a wszystko szło jak z płatka. Normanie sami nie wierzyliśmy że tak dobrze idzie, ale w głębi serca wiedzieliśmy, że tak nie może być do końca;). W tym roku warunki atmosferyczne były dość łaskawe- padało tylko przez pół godzinki ;), ale najważniejsze że nie było mokro. Jeszcze nigdy na tej imprezie nie miałem tak sucho w butach. Jedyne co doskwierało to dość mocny wiatr, ale większość trasy jednak była po lasach. Odnośnie nawigacji, to było lekkie utrudnienie w postaci mocnych wycinek lasów i wielu dróg dojazdowych dla sprzętu, których nie było na mapach. Wracając do zmagań- na 7a straciliśmy z pół godziny albo i lepiej. Atakowaliśmy punkt z dwóch stron i w obu przypadkach popełnialiśmy jakiś błąd. Tyle dobrego, że punkt w końcu został odnaleziony i poświęcony czas nie poszedł na marne. No i albo tak się zmęczyliśmy na szukaniu, albo źle się zorientowaliśmy, że na 5d wybiegliśmy złą ścieżką (bo po co patrzeć na kompas i kontrolować kierunek) i znów ze 2km nadrobione niepotrzebnie. Tyle dobrego, że już potem oprócz malutkiej wtopy na 6a wszystko poszło gładko.

Ogarniamy mapę 3:30 w nocy :)

Szkoda trochę straconego czasu, bo jeżeli byśmy mieli zapas, to zahaczylibyśmy jeszcze o 7c i jak się potem okazało by to miało duże znaczenie, ale o tym zaraz. W sumie ta edycja była jakaś spokojna. Większość PK w takich w miarę normalnych lokalizacjach, nic nas nie goniło, saren raptem kilka, kilka świecących par oczy w ciemnym lesie….choć zgodnie stwierdziliśmy, że tak jest tylko dlatego, że biegniemy we dwójkę. Nie wyobrażam sobie takiego biegu samemu, bym chyba 10x w portki zrobił :). No ale dobrze jest- z każdym rokiem postęp. W tym roku prawie 60km w nogach i nasz rekord- 114pkt. No i czwarte miejsce! Tak wysoko jeszcze nie byliśmy…szkoda tego zmarnowanego czasu- jeżeli byśmy go poświęcili na 7c, to byśmy byli drudzy! No ale cóż i tak był to nasz najlepszy występ. Sama Impreza i organizacja jak zwykle super fajna. Do zobaczenia za rok :)

Szczęśliwi na mecie Bigosik na Rogainingu o piątej rano zawsze smakuje idealnie :) Wreszcie cieplutko

Tatry! Zima! Mega! Kuźnice-Kasprowy-Kondratowa

Dobra, strona podupadła ostatnio na treści i aktualizacjach trochę z racji na FB i insta, a trochę z braku czasu. Nie będę się rozpisywał dlaczego sezon 2017 u mnie wyglądał jak wyglądał, może kiedyś w długi zimowy wieczór się zbiorę ;). Teraz mam fajniejszy temat :)
Po Tatrach jakoś nigdy mi nie dane było chodzić, albo nie było kiedy, albo tylko przejazdem…a nie sorry- byłem raz z Żoną na tydzień, no ale Gubałówka i doliny to nie Tatry ;). No i w końcu nadarzyła się okazja- poniedziałek i wtorek miałem robotę w Krakowie no i tak kombinowałem- środa wolna, Rodzina w Nowym Targu no to wio 
Plan zakładał start z Kuźnic, wejście na Kasprowy, potem granią do Kondrackiej Kopy, Giewont i powrót przez Halę Kondratową… plan nie zakładał kilkudziesięciocentymetrowego opadu śniegu w dwa poprzedzające dni 😉 Ostatnio zmienił się czas, więc chcę wyruszyć rano- po pierwsze aby mieć jeszcze zapas czasu, mimo czołówki w plecaku, po drugie żeby też nie wracać do Cioci i Kuzynostwa o 23 i spędzić razem trochę czasu. Z Kuźnic startuję o 6:40 i lecę żółtym a potem niebieskim szlakiem do Murowańca, śniegu sypnęło- jest pięknie, zima w górach to jest coś magicznego, widoczność dobra, ale bez słońca, wiatr- zero i dość ciepło- idę bez rękawiczek i czapki, no chyba że to podejście robi swoje ;), szlak dość wydeptany. 8:25 jestem przy Murowańcu i badam szlaki, jedna osoba wraca i mówi, że nie są przetarte, fakt- na Kasprowy żółtym szła tylko jedna osoba, ale śniegu nie jest bardzo dużo- do pół łydek, czasem się zapadam do kolan, więc pierwsze przepakowanie i stuptuty na nogi. Dobrze, że ta jedna osoba szła, bo las się skończył i szlak idzie już gołym stokiem, a tyczkowanych szlaków niestety przez cały dzień nie uświadczyłem. Na razie bezpiecznie, ale kilkaset metrów przed szczytem szlak idzie trawersem, a ścieżka która pewnie wcina się w ten trawers jest już pod śniegiem, zbocze dość strome, więc drugie przepakowanie i na butach lądują raki i od teraz idzie się dużo bezpieczniej. Na Kasprowym jestem o 10:00, kilka fotek szybkie zerknięcie na grań, którą idzie w oddali tylko jedna osoba….no ale przecież bez sensu wracać tą samą drogą 😉 Ruszam dalej zostawiając za sobą zbyt głośny szczyt Kasprowego.

W drodze na Kasprowy Raki założone, chwila zadumy i ruszam dalej Widoczki z Kasprowego Czerwony szlak z Kasprowego w kierunku Kondrackiej Kopy

Na grani jest kilka szczytów do przejścia- pierwszy- Goryczkowy Wierch- przechodzę spokojnie granią- szlak idzie bokiem, po słowackiej stronie, ale zasypany. Po drodze mijam dostrzeżonego wcześniej turystę, piękne stadko kozic górskich i udaję się na Czubę Goryczkową…idę granią- na mapie jest tak samo odejście na stronę południową, ale wszystko po Słowackiej stronie jest totalnie zasypane- musiało jak na złość tak zawiewać- wracam się trochę, próbuję inaczej, też się nie da- po polskiej stornie ścianki i przepaście. Dogania mnie Jarek- ów drugi turysta- decydujemy że razem bezpieczniej i jakoś się przeprawiamy….chyba w końcu granią okrakiem. Jarek mieszka w okolicy, więc po cichu liczę na większe doświadczenie niż moje. Niestety doświadczenie często miesza się z rutyną i jakoś zapomniało mu się raków, co w sumie na razie nie jest problemem- śnieg raczej kopny, lodu mało. Przejście przez Czubę zajmuje jakieś 30minut…a to był dopiero początek. Przed nami cała formacja skałek o nazwie Suche Czuby- w lecie takie piękne- od polskiej strony wybitne i strzeliste, od słowackiej nie takie monumentalne, ale zaraz spod nich startują stoki o nachyleniu 35-40*, czyli idealne lawiniska.

Tak prezentują się Suche Czuby od strony słowackiej (źródło- Wikipedia) Kozice i Koziołki :) Na Goryczkowym Wierchu Grań ma w sobie piękno

Z jednej strony śnieg dopiero co zaczął sypać tej zimy…z drugiej strony 2gi stopień lawinowy tego dnia i w sumie było to widać gołym okiem- po drodze kilka miejsc, gdzie poszły na szczęście nie duże lawinki, które zatrzymywały się po 30-40m, jednak wszystko to kazało wyostrzyć uwagę. Oboje zgodnie stwierdziliśmy, że pewnie jeżeli byśmy szli sami, to byśmy zawrócili, a tak to jednak ciut bezpieczniej- zawsze jest druga osoba, żeby zadzwonić po pomoc. Praktycznie każda z formacji skalnych wymagała obejścia- już sam nie wiem ile ich było w sumie 5 może 6. Warunki bardzo podobne- pod ściankami nawiany śnieg, czasem tak dużo, że kiedy sondowałem, to kijek wpadał cały + ręka do łokcia- trzeba było iść niżej, bo tam śniegu było mniej= mniejsza szansa że się z nim popłynie. Chodziliśmy wykorzystując czasem wystającą kosodrzewinę- zawsze to jakiś uchwyt i znak, że jest płytko śniegu, ale i tak było kilka miejsc gdzie trzeba było przejść 10-20m trawersując żleb. Staraliśmy się to robić bardzo delikatnie, aby nie zruszyć śniegu. Lawinki może nie były groźne ze względu na ilość śniegu- raczej by nie przykryły, ale właśnie przez to że było płytko, to dużo większa szansa na trafienie po drodze na głazy, urwisk na szczęście nie było widać, no ale opis który znalazłem już po powrocie nie pozostawia złudzeń:
„Lawina z lutego 2000 wyłamała las nie tylko po północnej stronie doliny. Przecięła potok i sięgnęła na zbocze Kop Liptowskich około 100 m ponad dnem Doliny Cichej. Jej szerokość przy dnie doliny wynosiła blisko 500 m. Resztki lawiny, przykryte izolacyjną warstwą drzew (…) przetrwały do następnej zimy”. Drwale i kierowcy 10-tonowych ciężarówek mieli robotę na dwa lata” (Władysław Cywiński: Kasprowy Wierch – Tatry. Przewodnik szczegółowy). Chyba faktycznie to była ostatnia szansa tej zimy, aby przejść ten szlak- 30cm śniegu więcej to by była zerowa pewność co do tego po czym się idzie.
Posuwaliśmy się makabrycznie powoli, ale co ważne bez żadnych sytuacji awaryjnych. Najlepiej było już dawno zawrócić, ale oczywiście jak to bywa w takich sytuacjach brnie się zawsze coraz głębiej i głębiej w bagno ;). Doszliśmy tak trochę z duszą na ramieniu do ostatniej formacji- Małej Suchej Czuby. Oczywiście była to najcięższa przeprawa na sam koniec- potem już było widać w miarę przetartą ścieżkę, którą szła czwórka skitourowców. Jak ciężko było niech świadczy fakt, że przejście około 150 w linii prostej zajęło godzinę i dwadzieścia minut (…) i wyglądało mniej więcej tak:

Brawo ja ;)

Niestety po drodze było jedno krytyczne miejsce- gdzie raki były niezbędne, bez nich było na tyle niebezpiecznie, że mimo tego, że było to przedostatnia trudność na trasie Jarek postanowił się wrócić. Wymieniliśmy się numerami tel. żeby ew. się alarmować i upewnić, że się wróciło do domu bezpiecznie. No i właśnie mi została ostatnie przeszkoda- ostatnie 10 metrów…..dlaczego to tak zawsze jest, że to końcówki są takie- jeżeli by taki był początek, to w życiu bym dalej nie poszedł…..hmm… więc w sumie może to i dobrze ;). W każdym razie sytuacja wygląda tak stoję na półce o szerokości 20cm z prawej mam ścianę z 3m wysoką prawie pionową bez żadnych chwytów, z lewej mam zbocze żlebu 40* jak nic, półka się kończy a za nią kijek wpada w śnieg. Czuję że pode mną jest piękna ścieżka szlaku…tylko 1,5m pod nawianym śniegiem. Kręcę się w jednym miejscu z 10minut szukając miejsca na nogę posunąłem się może o metr znajdując pod śniegiem jakieś załomy w ścianie o które stabilnie mogę oprzeć raka, no ale nie mam pomysłu co dalej. Nie zaryzykuję kroku w śnieg w który mi kij wpada, bo jak wpadnę po ramiona to sam nie wyjdę, albo wystartuję lawinę. No ale przecież jak odpuścić- ostatnie kilka metrów. No i dobra- inżynier wymyślił taki sposób- nagarniam śnieg w jedno miejsce i ubijam kijkami, nagarniam, ubijam i tak w kółko, po 3minuach mam w miarę stabilne miejsce, żeby postawić nogę. No i takimi krokami pokonuję ostatnie metry, wychodzę z duszą na ramieniu na utwardzoną ścieżkę. Chyba rekord- Goryczkowa Czuba- Małą Sucha Czuba- w linii prostej 1,6km, po mojemu 2,8km i 3 godziny 20 minut ;), ale co ważne- bez sytuacji awaryjnej, choć nie powiem że bez stresu i ryzyka, no ale czym by były góry bez tych rzeczy. Giewont niestety zostawię sobie na inną okazję, robi się późno- schodzę już bez większych przygód przez Halę Kondratową po drodze zawracając trzy grupki, które chciały odwiedzić Kasprowy, ale nie sądziły że to może zająć 4 godziny w jedną stronę ;). Wieczorem zdzwaniamy się z Jarkiem- niestety obawy przed powrotem tą samą drogą i podcinaniem śniegu drugi raz były słuszne. Jarek poleciał ze śniegiem kilkadziesiąt metrów i jak się ogarnął, to nie miał wody i buta…choć udało się go potem znaleźć acz bez skarpetki ;). Poobijany, w kontakcie tel. z TOPR dotarł bezpiecznie na dół. To tylko daje do myślenia- niby 50-60cm śniegu a już taka siła…co dopiero się dzieje przy poważnych lawinach.
Jak zwykle każde doświadczenie uczy i już wiem, że po pierwsze czekan- może na samym szlaku nie był by dużo bardziej pomocny niż kije, ale rezerwowo w razie podcięcia i zjazdu w dół trzeba go mieć w ręce. Po drugie kask- przy takich lawinach ofiary nie są z uduszenia po śniegiem, tylko z obrażeń- zazwyczaj głowy. Po trzecie lina- nawet z 20m- szczególnie jak idzie się w dwie osoby przez takie krótkie nieosłonięte odcinki- idzie jedna, druga czeka na stanowisku (znów czekan), jak jeden dojdzie w bezpieczne miejsce, to idzie drugi.
No ale zostawiając za sobą już te wszystkie niebezpieczne chwile- było przepięknie, szlak bardzo malowniczy, szczególnie w stronę Słowacji, z mega widokiem na Cichą Dolinę i najbliższe kilka szczytów po 2tyś mnpm. No i mimo wszystko cieszę się że spadł śnieg- ma to swój urok i góry nabierają zupełnie innego charakteru, do pełni szczęścia zabrakło słoneczka, no ale przecież chyba jeszcze kiedyś tam wrócę :)

Ech, gdyby zawsze było tak płytko ...no właśnie....zabawa po pachy ;) :) Piękne lodowe stalaktyty...niestety trzeba było je zepsuć, bo kompletnie blokowały przejście blisko ściany

Trasa:
https://www.strava.com/activities/1256649174

Rozkręcamy nogę :)

Troszkę ciszej ostatnio u mnie na stronie. Inauguracja sezonu niestety się przedłuża, słupki treningowe przez ostatni miesiąc na Stravie bliskie wartości 0, ludzie się powoli dopytują co i jak, więc chyba trzeba trochę powyjaśniać :). Niestety trochę mi się organizm zaczął buntować w czasie tego okresu przygotowawczego, a że buntuje się dość istotny organ, jakim jest serducho, to nie można było tego bagatelizować. Nie wchodząc w szczegóły, to nie ma dramatu. USG wyszło dobrze, na holterze raptem 500 „złych” impulsów na 24h…cytując lekarzy- nie ma się czym przejmować; ludzie mają czasem po kilka tyś/dobę i nawet tego nie czują; żaden lekarz przy zdrowych zmysłach nie będzie wprowadzał żadnych leków nie mówiąc już o innych inwazyjnych metodach typu ablacja, bo to się robi przy arytmiach rzędu kilkanaście tyś/ dobę; niech się Pan odstresuje poprawi poziom elektrolitów i będzie dobrze.
Fakt faktem jest to, że sportowcy bardziej czują swój organizm i wyłapują takie nieregularności, potem dochodzi do tego stres z tym związany, stres napędza arytmie i błędne koło się zamyka. Pozytywne jest to, że ostatnio jest już lepiej, zmieniłem trochę sposób i styl odżywiania się, co też daje pozytywne rezultaty no i jestem dobrej myśli, coś nawet ostatnio kręcę więcej i oby już wszystko szło ku lepszemu :) a poniżej tak to wygląda jak ktoś ciekawy :)

holter hr

No a co jeszcze się działo? Na bieżąco zawsze na Facebooku i ostatnio na instagramie, ale ogólnie to trochę tego było zaczynając od wizyty w TVP3, poprzez składanie roweru MTB, który mam nadzieję w końcu już niedługo wykorzystam, a kończąc na wspieraniu Votum S.A. w spotkaniach z dzieciakami w przedszkolu- wraz z Andrzejem Doktorem i Rafałem Mikołajczykiem mam nadzieję, że trochę zaszczepiliśmy w dzieciakach chęci do uprawiania sportu, a przy okazji przekazaliśmy sporo informacji o bezpieczeństwie ruchu i korzystania z rowerów.

W Przedszkolu Omnibus” />

A dziś zrobiłem takie fajne zdjęcie,o!
DCIM103GOPRO

Zgrupowanie 2017- Torre del Mar

Mija powoli pierwszy tydzień zgrupowania w Torre Del Mar, miasteczku położonym jakieś 35km od Malagi. Zgrupowanie w Hiszpanii nieodzownie kojarzy się z Calpe i okolicami, ew. Wyspami Kanaryjskimi. Jednak po dwóch latach spędzonych w kolarskiej stolicy zimowych zgrupowań na C, stwierdziłem, że życie jest za krótkie, żeby jechać trzeci raz w to samo miejsce. Tekst ten chcąc- nie chcąc będzie trochę porównaniem Calpe i Malagi.
W sumie jadąc tutaj byłem święcie przekonany, że pod kątem treningów kolarskich czy zapewnionej dobrej pogody będzie to teren gorszy niż Calpe….i już po tygodniu mogę powiedzieć, że się myliłem. Oczywiście wymagało to dość skrupulatnego przeanalizowania mapy, stromości i długości podjazdów przed wybraniem miejsca noclegu, ale co by nie mówić Torre del Mar jest super pod tym względem. Pod nosem płaska droga na rozjazdy wzdłuż morza, która mimo że N-ka (krajowa) ma mały ruch, bo równolegle bezpłatna autostrada, która przejmuje tranzyt. Natomiast góry też zaraz pod domem. Nie ma takich sytuacji jak w Calpe, że aby jechać długie- stabilne podjazdy trzeba gonić 50min do Coll de Rates. Tutaj całkiem fajny podjazd, który na 360W jechałem 22minuty (czyli jest dłuższy od Rates o dobre 4-5min) mamy 16km od chaty. Mnogość tras jest dość duża, praktycznie jeżdżąc przez tydzień na razie mało co się nie powtarzało. Jedynie do czego można się przyczepić, to jakość asfaltów, która nie jest zła, choć mam wrażenie, że w Calpe było lepiej…..choć może to przez to że tamte drogi się już w miarę zna i tam gdzie jest słaby to się po prostu nie jeździ, a tutaj tereny się dopiero poznaje.

Poranne rozruchy na plaży przy słoneczku Pierwszego dnia rozruch biegowy- najbliższe wzgórze zdobyte z takim akcentem :) Deptak w Torre del Mar

Pogoda. Ogólnie nie ma reguły- wiadomo, że trzeba mieć szczęście, ale na razie nie narzekam- wszystkie dni krótki rękaw, wczoraj pierwszy raz rękawki na zjazdach i dziś fakt- rano się udało prawie wyrobić na sucho z rozjazdem i cały dzień leje, ale wg prognoz od jutra do końca wyjazdu znów full lampa i 18-20*C w cieniu, a na tej szerokości geograficznej jak jest słońce to jak lato w Polsce- nawet przy 15*C można się opalać (o właśnie dobrze, że dziś pada, skóra odpocznie, bo z każdym dniem coraz bardziej brązowa…tzn. czerwona 😉 ). Jeżeli mowa o pogodzie, to przy okazji- roślinność w Andaluzji. Byłem przekonany, że jeżeli w Calpe było tak mega skaliście i sucho, to tutaj ponad 400km bardziej na południe będzie już pustynia….nic bardziej mylnego. Okoliczne pagórki to wręcz pastwiska (i to wykorzystywane, wszędzie pełno owiec, kóz itp.). Dookoła zielono, dużo więcej wyższych drzew, plantacje awokado, ogólnie widać że dużo więcej upraw i hodowli niż koło Calpe. Z jednej strony bardziej swojsko, ale mniej egzotycznie, po prostu inaczej, zawsze fajnie zobaczyć coś nowego.

Takie klimaty- dookoła zielone łąki Ekipa po 16km podjazdu :)

Kierowcy. Duży plus, dużo lepiej niż w Calpe. Niby się może wydawać, że tam jest setka kolarzy na 1km drogi i kierowcy powinni być przyzwyczajeni….jednak w lutym-marcu w okolicach Calpe jest sporo emerytów brytyjskich i to oni zazwyczaj powodowali niebezpieczne sytuacje. Jak na ironię południowcy jeżdżą bardzo, bardzo bezpiecznie i z dużym szacunkiem do kolarzy. W okolicach Malagi turystów trochę mniej, praktycznie wszystkie samochody są lokalne i przez tydzień nikt z naszej 15-nasto osobowej grupy nie miał spornej sytuacji na drodze. Mało tego- czasem nawet trzeba machać ręką, aby nas wyprzedzili niejako zezwalając na ten manewr. No i ogólnie chyba ruch jest mniejszy niż w Calpowie- to też swoje robi. A inni kolarze? Jednak Calpe ma swój klimacik- pełno grup zawodowych, tu się można minąć z Michałem Kwiatkowskim, tam z Kasią Niewiadomą. W okolicach Malagi jest więcej kolarzy niż się spodziewałem, jednak w większości są to rowerzyści rekreacyjni, ew. ambitniejsi amatorzy, praktycznie zupełnie brak grup zawodowych, chyba Votum jest tu jedną z liczniejszych :).

Ekipa gotowa to wyjazdu na trening Rekordy i rekordziki ;) Takie przestrzenie na jedno skinienie

A treningowo…..jest spoko, na podjazdach wchodzą fajne waty, miło się jeździ w słoneczku, ekipa jest spoko- połączone siły votum, im-motion, sport-profit i road-racing, a w miłym towarzystwie nóżka zawsze się lepiej kręci. Miejscówkę nam się udało znaleźć super, willa, basen, powierzchnia ogrodu wielka, jest gdzie się relaksować po treningu. No i okolica ciekawa turystycznie- Sewilla, Ronda, Grenada, ew. Gibraltar, w lżejsze dni jest gdzie jeździć i co oglądać. Na razie tyle, jeszcze jeden tydzień zgrupowania przede mną, jeżeli uda się tak samo jak pierwszy, to noga na sezon będzie good, a wspomnienia ze zgrupowania nie tylko te sportowe na długo zostaną w pamięci!

Zapraszam do śledzenia aktualnych treningów i zdjęć na profilach na Stravie, Facebooku i Instagramie.

Katedra w Sewilli, to co na mnie zrobiło największe wrażenie w tym mieście ...a Plaza de España to było drugie wow tego dnia.

Nowy rower CX

No może nie taki nowy, choć kilka zmian zaszło od poprzednio upublicznionej wersji. W sumie jeszcze gdzieś przed jesienią podmieniłem napęd na Apexa. W rower przełajowy szczególnie nie inwestuję- ot jak się nadarzy okazja, żeby coś kupić, przełożyć lepszy sprzęt i do tego nie dołożyć, to tak robię. No i się nadarzyła w okolicy Nowego Roku. Najważniejsza zmiana- hamulce tarczowe. Wreszcie jest jakaś kontrola nad rowerem :P. Na razie mechaniki, choć dobre, bo BB7 Road. Druga ważna zmiana to widelec karbonowy. Trzecia ważna zmiana- kolor! Nareszcie! Jak zapanowała moda na rowery czarne, szare itp. ze 4 lata temu, to jakoś producenci nie potrafią się wysilić. Poprzednie moje 4 rowery (3 mtb i 1 szosa) były czarne albo szare…jakaś makabra. No i wreszcie- jeszcze w przełaju, gdzie pogoda zazwyczaj szaro-bura, a rama w kolorze neon-green 😀 Do tego świetnie pasująca 😉 czerwona sztyca, co mi leżała w szufladzie, koszyki na bidon i czerwona owijka do kompletu i wreszcie jest wesoło :) Rower wyszedł jakieś 9,75kg i świetnie się na nim jeździ. Ogólnie męczę CX całą jesień, a i teraz jeżeli na szosach się nie da, to każdy trening w śniegu jest przy okazji idealną lekcją równowagi i stabilizacji :) Dokładny opis na stronie CX 2017, a poniżej jeszcze kilka fotek :)

IMG_20170101_132747 IMG_20170125_170225 IMG_20170201_162547

Podsumowanie sezonu 2016 i trochę aktualności

Sezon 2017 już bliżej niż dalej, a ja ciągle nie podsumowałem poprzedniego. No ale w końcu znalazłem trochę czasu i odpowiednia strona pojawiła się już na www. A co nowego? No cóż- robię wszystko, aby sezon 2017 był lepszy niż 2016. Zrobione dobre cykle wytrzymałościowe w grudniu na szosie, a na początku roku na biegówkach (5 dni w górach to jest to!), teraz trochę większy nacisk na siłę. W kolejnym tygodniu trochę lżej, później zostaje jeden mikrocykl treningowy, odpoczynek i zgrupowanie! Czyli jeszcze miesiąc zimy, a potem laaaato :). Ten weekend choć zimny, to udało się coś pojeździć na szosie. Ogólnie wszystko zgodnie z planem. W międzyczasie zacząłem się jeszcze bawić na Instagramie i zmontowałem filmik z biegówek- zobaczcie jak było bajecznie w Karkonoszach:

Rapha Festive 500km 2016

Rapha Festive 500km- czwarty raz pod rząd…uda się, czy się nie uda….wiadomo kluczowa jest pogoda. Ogólnie koniec grudnia to bardzo dobry okres, aby szlifować długie wytrzymałościowe jazdy, więc rywalizacja (do przejechania 500km od 24 do 31 grudnia)..no ale nic na siłę- jeżeli by było -15*C i 40cm śniegu, to oczywista sprawa, że z radością bym śmigał na biegówkach…..no ale już któraś zima pod rząd bez tragedii, więc i tym razem 500km było w zasięgu ręki. No i to nawet bez większej spinki- ot po prostu realizując plan treningowy. Na całym świecie w rywalizacji wzięło udział ponad 82tyś osób, które przejechały łącznie 19,5 mln kilometrów!!!

A plan następujący- jeżdżę w dwa dni z trzech (24-26 grudnia), dobijam 29 i 31. W Wigilię wiadomo- szybko z rana i powrót do Rodziny, bo w końcu święta, no ale z grubsza wszystko ogarnięte dzień wcześniej- choinka ubrana, ciasta upieczone, w Wigilię już luz. Luzu natomiast nie było praktycznie przez cały trening… Początek dramat- na drodze lód, może nie jakaś totalna szklanka, ale przełaj został w mieszkaniu i miałem tylko szosówkę, więc jazda była baaaardzo ostrożna. Gdzieś za Jelczem mijam się z Piotrkiem, jednak decydujemy się w takich warunkach na jazdę osobno. Choć w sumie to był moment od którego było już coraz lepiej- objechałem Oławę i ruszyłem na zachód…no i masz- skończył się lód, zaczął się wiatr…ponad godzina męczarni, temperatura niewiele ponad 0 i ogólnie już miałem dość tego treningu ;)…no ale zawsze może być gorzej…no i było ;). Po nawinięciu w kierunku Wrocławia skończył się wiatr, no i zaczął się deszcz ;). Zostało jeszcze z 1:15 planowanej jazdy no i jakoś trzeba było się przemęczyć, początkowo było spoko, regularnie zaczęło padać w sumie w ostatnich 30 minutach. Co zrobisz, nic nie zrobisz, zagryzłem makowca, minąłem się z Moniką na obwodnicy i lekko trzęsąc się z zimna pod koniec dojechałem do domu. 117km przejechane, robota zrobiona.

Makowiec i do przodu!

Niestety odpadł mi trening 25-tego- chyba mój ulubiony dzień do trenowania- na Świątecznych kaloriach- zawsze czas miło płynie, no ale nie w tym roku- regularne opady przez cały dzień z temperaturą około 3*C…bida, dobrze że miałem ze sobą buty do biegania. 24km weszły i choć trochę ciast się ulotniło z kaloriami 😉 Co się odwlecze to nie uciecze- odbiłem sobie 26-tego grudnia. 6 godzin w siodle i 186km na budziku pod koniec jazdy. Miły trening z Piotrkiem i Pawłem oczywiście z tradycyjną świąteczną wymianą ciast :). Była jeszcze po drodze przygoda z Panią Policjant, która nas bardzo chciała zatrzymać i pouczyć, że trzeba jechać gęsiego, a że czasu nie chcieliśmy za dużo tracić bo zimno, to się na to cicho zgodziliśmy…na 2km ;). W ten dzień temperatura już dobrze na plusie jakieś 6*C- można było jeździć od świtu do zmierzchu :). Jedynie wiatr dawał się we znaki, ale jakoś sprytnie go oszukaliśmy i sporą część nawinęliśmy lasem z Namysłowa do Brzegu….fajna droga- niby krajówka, a ruch prawie zerowy i to podobno nie tylko w święta. Dobry trening 303/500km ukończone.

Błooootko :) Beee beee- żywa szopka na Wittigowie
Dupery ;) ~170km....Jeszcze jeden gryz i jakoś do domu się dokręci :)

Zgodnie z planem następna jazda we czwartek 29-tego, tym razem z Pawłem i z Szymonem z Oławy- spotykamy się jak zwykle gdzieś w okolicach Groblic i robimy całkiem fajne kółeczko przez Wiązów i Strzelin. Wreszcie trochę słońca się pokazało, więc mimo mrozu jechało się spoko, choć rano jak zwykle trochę nerwowo na ośnieżonych fragmentach szos. Ja nabijam 121km, a Paweł w ten dzień kończy już całe 500. Mi zostaje niecałe 80, czyli z nawiązką powinno się udać przed Sylwestrem, bo w planie około 4 godzinki.

Niby nie pada, niby cieplej, ale wilgoć i wiatr zrobiła swoje na tym treningu... Jeden z lepszych motywów podczas świątecznych jazd :) Team ride!

Przed Nowym Rokiem trzeba pokręcić- znów z chłopakami oławiakami :) Tym razem pętelka w kierunku Oleśnicy, potem Jelcz, słoneczko znów daje po buzi, więc wszyscy szczęśliwi i skorzy do żartów, a i nadchodząca wieczorna zabawa napawa optymizmem, więc niecałe 4 godzinki w siodle mijają błyskawicznie. Festive 500 ukończone z wynikiem 537km, można z czystym sumieniem świętować zakończenie starego i rozpoczęcie nowego roku oczywiście w kolarskim towarzystwie i to w całkiem mocnej obsadzie 😉 Ogólnie Festive500 dzielił się na dwie części- pierwsze dwa treningi były podłe- marna pogoda, zimno, wiatr ogólnie słabo się jeździło. Dwie ostatnie jazdy jakoś już mi milej zleciały, słońce i towarzystwo robi swoje. Dzięki dla Pawła, Piotrka i Szymona za wspólne jazdy. 4/4 rywalizacje ukończone i bardzo dobry blok wytrzymałościowy w nogach.

Wreszcie! W stronę słońca! Sylwester rano! Jest impreza!!! 500km jest, można świętować! Szymon się schował, muszę popracować nad kadrowaniem :)

Sezon na orientację czas zacząć!

Po tych moich październikowych truchtach czas gdzieś wystartować. Jesienią i zimą zazwyczaj bawię się trochę (wbrew mojemu wrodzonemu brakowi zdolności) w biegi na orientację. Strzeliński Rogaining i Mini Nocna Masakra na stałe zagościły w moim spisie imprez, w których trzeba wziąć udział. Rok temu dołożyłem do tego jeszcze cykl miejskich biegów na orientację Wrocław Night O Fight.
Aktualnie jestem po Rogainingu, w którym wystartowałem jak zwykle z Piotrkiem. RELACJA właśnie wleciała na serwer.

Jeszcze humory się trzymają, to pewnie przed północą :) Na trasie City Trail- pełna kontrola ;)

A jeszcze tydzień wcześniej tak dla picu pobiegłem sobie cross (Wrocław City Trail) w Lasku Osobowickim- niby tylko 5km, ale pełen gaz- średnie tętno 182 i max 189 mówią samo za siebie…też fajnie :). Ominęła mnie niestety pierwsza edycja WNoF, a Mini Nocna Masakra też mi trochę zbladła jak się okazało, że Piotrka biodro odmówiło posłuszeństwa po Rogainingu….kto chce ze mną pobiec?, bo ja się sam po ciemku boję 😉

A tak ogólnie co słychać? Skończyłem roztrenowanie, zaczynam usystematyzowane treningi, tyranie na siłce no i jak to jesienią- czasem cieszę się słoneczkiem, czasem dane pojeździć w magicznych porannych mgłach, a i zdarza się dostać śniegiem po gębie. Szosówka czeka na swoją okazję, ale na razie pierwszy treningowy weekend warunki były raczej na CX.

Słoneczkko :) Czasem opłaca się pojeździć z rana :)

Pobiegane w roztrenowaniu

Roztrenowanie w pełni. Co robią kolarze w tym okresie oprócz wcinania ciastków?;) Oczywiście biegają. W sumie jakieś tam biegowe rozruchy zacząłem już pod koniec sezonu zasadniczego, ot przebieżki po 10km bardziej regeneracyjne. Po ostatnim wyścigu jak zwykle zluzowanie i w sumie biegałem jak mi się chciało. Powoli zbliżał się listopad, więc świtał mi w głowie jakiś niecny biegowy plan. Rok temu w tym okresie przebiegłem w dwa dni 100km po górkach. W tym roku jakoś wypad dwudniowy mi za bardzo nie podpasował, celowałem raczej w jednodniowy bieg, więc trzeba było choć dystans zrobić ładny. Z zaplanowanej trasy wynikało jakieś 55km, ale wiadomo gdzieś się zawsze zboczy, pobłądzi i cicho liczyłem na 60km. Minusem biegania długodystansowego dla kolarza w październiku jest niewątpliwie to, że w nogach ma się może z 6-7 przebieżek, a tu nagle trzeba mielić nogami cały dzień :), no ale nikt nie mówił, że ma być łatwo.

Wodospad Szklarki na początek. Takie widoczki na przyszłość :) Szczyt Wysokiej Kopy

Plan- start Szklarska, meta Harrachov, ale przez Stóg Izerski;) . Ojciec i siostra wyrzucają mnie w Szklarskiej Porębie, a sami idą pieszo w góry. Ja zaliczam na początek Wodospad Szklarki, bo dawno nie byłem ;), potem czeka dość mocny podbieg na Wysoki Kamień, wbiegam w strefę mgły i w sumie przez większość dnia z niej nie wybiegam, choć czasem się przerzedza i można podziwiać magiczne widoki i piękno gór. Za Kopalnią Stanisław zbaczam trochę ze szlaku i biegnę na Wysoką Kopę 1126mnpm- najwyższy szczyt Gór Izerskich. Jeden z ośmiu brakujących mi wierzchołków do kolekcji 28miu szczytów Korony Gór Polski. Szczyt zdobyty, ale po drodze zaczyna się błotko. Może nawet nie błotko, tylko takie ni to bagienko ni torfowisko- ot bardzo nasiąknięta ziemia- czasem się wydaje, że to trawa, a w butach momentalnie mokro. W sumie po takim czyś biegnę cały czas aż do Polany Izerskiej. Podbiegam na Stóg Izerski, aby dotankować wody do bukłaka i popodziwiać Świeradów z góry. 31km w nogach- czas wracać- przekraczam granicę i przez Smrk docieram do Izerki.

A w Czechach tak sobie radzą z podmokłym terenem na szlakach. Pytlackie Kamienie, fajna formacja skalna m.in. z takim o skalnym mostem Most graniczny na Izerce, a na twarzy chyba już lekkie zmęczenie ;)

Powoli zaczynam odczuwać zmęczenie- w to już 47km. Trochę się łamię- jeszcze z 1,5h do planowej godziny spotkania w Harrachovie- droga już prosta, ale 60km nie pyknie- zresztą czerwony szlak z tego co pamiętam w większości wyasfaltowany, do kitu. Pochłaniając łyżka za łyżką zupę szpinakową w schronisku i może kierując się trochę jej kolorem zmieniam plany na szlak zielony- przyjemniejszy, ciut dłuższy, w większości szutrowy- wracam do naszego kraju i przez Orle zbiegam do Harrachova już prawie do końca trzymając się zielonego szlaku. 60,4km w nogach, Studencka już na mnie czeka :). Nogi żyją, pod koniec bardziej padła ogólna wydolność, która do biegania lekko mówiąc nie jest przyzwyczajona.

Drugi dzień to już na spokojnie spacer z siostrą po okolicach- zaliczony Mumlavský Wodospad i Čertova Hora, 20kilka km akurat na rozbicie zakwasów ;), a na koniec oczywiście Serek, weekend 100% udany.

Mamucie skocznie w Harrachovie Z siostrą przy Mumlavským Wodospadzie Nartostrada ośrodka w Rokytnicach. Janova Skála Diabeł na diablaku

Więcej zdjęć-> Galerie Google

Kolejne bieganie o którym warto wspomnieć, to zupełnie inny typ wysiłku, ale przecież wszystkiego trzeba spróbować. Tym razem bieg na 5km w ramach Wrocław City Trail. Nie był to specjalnie rekordowy bieg w moim wykonaniu, no ale i warunki nie były wybitne do bicia rekordów 2*C, trochę błotka, a i końcówka okresu roztrenowania, to też nie jest najlepszy czas, żeby gdziekolwiek startować. No ale potem jak się zaczną regularne treningi, to nie będzie kiedy biegać, więc jak nie teraz to kiedy :) Na bieg jedziemy z Przemkiem, na miejscu też trochę znajomych, szybka rozgrzewka i start. Myślałem, że się ustawiłem dobrze, może 5-6 rząd jak na moje zdolności biegowe, jednak na początku dużo przepychanek i wyprzedzania. Grupa stabilizuje się tak po 600-700m, ale w sumie przez cały bieg raczej wyprzedzam, mnie łykają może z 3-4 osoby, ale w sumie tak wolę, psycha lepiej pracuje. Oczywiście lekko przeginam tempo na pierwszym km (3:56 z korkiem na początku i przepychaniem się na pierwszych kilkuset metrach). No i jest jak zwykle w sumie na takich biegach. 1km: łaaa, jak fajnie, pędzę, lecę, rozwalę ten bieg; 2km: ok, ok trzeba ustabilizować tempo; 3km: oj, oj, trochę zatyka, trzymaj tempo, trzymaj tempo ( a tempo spada 😉 ); 4km wytrzymać, wytrzymać; 5km: kolka, kolka, byle dotrwać i lekki finish na końcu, szczególnie że zegar pokazywał ostatnie sekundy po 19 minucie, ale zauważyłem za późno- wpadam na metę po 20:03. Dystans z garmina ciut mniejszy niż zakładane 5km- dokładnie 4,85, więc tempo biegu około 4:08, ujdzie, choć chyba kiedyś wybiorę się na jakiś asfaltowy bieg wiosną, aby w końcu złamać te 20 minut na 5km :)
Zapiek jak to na sprincie- niesamowity- tętno średnie 182hr, max 190hr :) W sumie czasem i takie przepalenie się przydaje, więc się nawet cieszę z tego biegu. Na dłuższe dystanse jeszcze przyjdzie czas- za tydzień biegniemy z Piotrkiem w Strzelińskim Rogainingu- tak było rok temu :)

Z Przemem po biegu

Ostatni wyścig w tym roku!

Bike Maratonem w Świeradowie w ubiegły weekend zakończyłem starty w sezonie 2016. Wyścig wyjątkowy, jeden z cięższych jakie jechałem, a to wszystko za sprawą pogody- szczegóły w RELACJI.