Archiwum kategorii: Na luzie

Bikepacking- Praga i Drezno 500km w dwa dni

Wstęp

Plan na jakiś dalszy wyjazd rowerem marzy się chyba każdemu cykliście i w zależności od możliwości może to być dla niego 100 200 300 czy 500km na raz; czy to wyjazd nad morze, na drugi koniec Polski lub do jakiegoś fajnego miejsca- wszystko to łączy jeden wspólny mianownik. Jest to po prostu coś wyjątkowego, co długo się planuje i o czym długo się myśli. Jakie to odmienne od takiej szarej kolarskiej codzienności kiedy jedzie się tą samą drogą po raz 873 w życiu.
Jako kolarzowi jednak z bardziej sportowym zacięciem idea jazdy z sakwami jest mi trochę odległa (choć raz w życiu byłem i mi się podobało, to jednak zostawiam to na emeryturę 😉 ), to tzw. Bikepacking czyli takie sakwy na lekko, które można zamontować np. do szosówki i ich praktycznie nie czuć to już jest coś fajnego. Nie mówię co tydzień- ale tak raz-dwa razy na sezon to jest to. Dosłownie 3 litry pod ramą pozwolą się zapakować na dwa dni przy ładnej pogodzie, a właśnie taka zapowiadała się na początek długiego Bożociałowego weekendu w tym roku. Plan jazdy do Pragi próbowaliśmy zrealizować z Pawłem i Piotrkiem dwa lata temu, choć trochę w innej wersji- tzn. tylko Praga i powrót tego samego dnia. Wtedy pokonał nas deszcz i po 5 godzinach totalnie przemoczeni i wyziębnięci odpuściliśmy. Teraz lekka zmiana- pierwszy dzień Praga czyli około 300km w siodle- tam nocleg, a drugiego dnia jazda około 200km do Drezna i powrót do Wrocławia fajnym połączeniem kolejowym no i jedziemy we dwójkę z Pawłem.

Żegnamy się z Polską

Dzień 1- Praga.

Budzik na 4:00, 4:30 wyjazd- trochę po 5 rano zjeżdżamy się z Pawłem gdzieś za Okrzeszycami. Lampki jeszcze załączone ale w sumie nie tak bardzo potrzebne- spokojnie można było wyjechać 30min wcześniej. Słońce gdzieś tam próbuje przebić się zza deszczowych chmur, z których pada na północ od Wrocławia, choć oczywiście prognozy na nadchodzące dni mówiły o samym słońcu, to fatum deszczu nad nami wisi :). Gdzieś koło Jordanowa słońce wychodzi w końcu zza chmur i będzie nam już towarzyszyć całe dwa dni (no prawie 😉 ), a temperatura pozwala ściągnąć rękawki po zjeździe z Przełęczy Tąpadła czyli około 6:30. Z Polski wyjeżdżamy o 9:00 mając 120km w nogach i zaraz ukazują się nam piękne formacje czeskich skalnych miast. Pierwszy postój na śniadanko mamy zaplanowany w Trutnovie u Pani ochrzczonej 2 lata temu ksywką Obelix. Pani nie ma, ale co ważniejsze jest zupa czosnkowa, która okazuje się być soczewicową. W tle leci relacja z wyścigu Praskie Schody, a my wciągamy łyżka po łyżce zupę mocy, która kosztuje 3zł i kosztujemy pierwszą z miliona wypitych podczas tej wyprawy kofoli 😉
Zadowoleni, że góry mamy już za sobą ruszamy w kierunku stolicy naszych południowych sąsiadów. No ale za jakieś 30km bardzo miły pan z obsługi kombajnu pokazuje, że trzeba się zatrzymać na lody, no to przecież nie odmówimy 🙂 Lody takie fajne- można było wybrać trzy podstawowe smaki a do tego kilka rodzajów mrożonych owoców, potem pani wkładała to to w magiczną maszynkę do mielenia i dostawało się takie prawdziwe lody owocowe. To wszystko w malowniczej wiosce Pecka- jest tam jeszcze jakiś tam zamek, ale kto by po zamkach chodził jak można pójść na lody :).

Skalne miasto w Adsprachu

Naturalne lody zawsze spoko 🙂

Po jakiś 200km i kilku(set) wiaduktach („-No nie no znów podjazd? Przecież do Pragi to miało być płasko. –No co Ty to taka mała hopka, jak wiadukt w Oławie”) docieramy do większego miasteczka tj. do Jicina. Tam odwiedzamy piekarnię i uzupełniamy zapasy wody, bo temperatury już od kilku godzin przekroczyły dobrze 25*C. Za Jicinem kolejny wiadukt, ale za to bardzo malowniczy koło wioski Podhradi (podzamcze?)- faktycznie była taka sroga górka z basztą na szczycie na horyzoncie wyjeżdżając z Jicina, no jakoś tak się zdarzyło, że nasza trasa tamtędy biegła ;). No ale potem już było z górki ;), nogi jakoś się nawet kręciły, prędkość średnia w okolicach 29km/h co przy 300km i 2500m przewyższeń było chyba nawet trochę powyżej planu. Deszczu nie ma, wiatr boczny, czasem w plecy- jeszcze jeden przystanek na uzupełnienie bidonów i wjeżdżamy do Pragi!

Jicin- Brama Valdická.

Ładne widoki z tego wiaduktu 🙂

Po 293km, o 16:30 stanęliśmy nad brzegiem Wełtawy pod Mostem Karola. Chwilka na zwiedzanie, odwiedziny na wzgórzu zamkowym, na rynku…i zaczęło padać tzn. lać- totalne oberwanie chmury- czyli jednak fatum deszczu podczas wyjazdu do Pragi ciągle istnieje. No ale to opad burzowy- chwilę którą czekamy pod jakimś budynkiem wykorzystujemy na znalezienie knajpy w której pochłaniamy smażony syr, który niejako jest jednym z celów wyprawy ;), potem jeszcze kilkanaście km dojazdu na nocleg i zmęczenie trochę daje o sobie znać, bo mimo dostawy 300g czystego cukru w postaci Studentska + Margot zasypiamy w trackie rozmowy 😉

Na Moście Karola!

Pod Mostem 🙂

„Tam zjemy Syr!”

Dzień 2- Drezno

Koło 8:00 wyjeżdżamy z przedmieść Pragi i obieramy kurs na Drezno….no może nie do końca bezpośrednio, bo zahaczając o rezerwat Kokořínsko, ale przede wszystkim o Park Narodowy Czeska Szwajcaria. Trasa na dziś ma jakieś 180km….czyli przejażdżka porównując z dniem wczorajszym…..tylko te wiadukty…dziś jakieś takie stromsze ;). Zaczynamy od klimatycznego śniadanka na czeskiej wsi. Obserwowanie ludzi w innych krajach zawsze jest takie ciekawe, niby to zaraz za granicą, niby też Słowianie, a jednak tak inaczej niż u nas…..a może zawsze się tak tylko wydaje w myśl zasady „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”.

Śniadanko

Kolejny z tysiąca wiaduktów 😉

Pierwszy rezerwat to takie fajne wąwoziki + zamek Kokorin niestety trochę niedostępny dla rowerów szosowych), ale jeszcze chwilka i wjeżdżamy na tereny Czeskiej Szwajcarii. Spędziłem tutaj dzień na pieszym trekkingu dwa lata temu i wiedziałem że są to piękne tereny. Choć z asfaltu oczywiście nie widać wszystkiego (choćby słynnej Bramy Pravcickiej), to i tak jest super, co stwierdzamy pijąc chyba setną kofolę podczas tego wyjazdu ;). Kwintesencją wszystkiego było przygraniczne miasteczko Hreńsko, gdzie hotele malowniczo wcinają się w wielkie skały nad Łabą. Zostało nam 50km do Drezna już po niemieckich (nie zawsze równych) asfaltach. W międzyczasie zrobiło się przegorąco, a garmin (który zazwyczaj zaniża) pokazał 33*C. Do pokonania mieliśmy jeszcze jednak kolejne kilkanaście wiaduktów na terenie Saskiej Szwajcarii… też bardzo ładny obszar. Mi szczególnie utkwiła w pamięci panorama z wybijającym się wzgórzem Lilieinstein, który bardzo przypomina nasz Szczeliniec.

I’m a Cowboy Baby!

Hreńsko cz.1

Hreńsko cz.2.

Hreńsko cz.3 „Paaaanie stop, my tu fotkę strzelamy z autopstryczka”

Po 180km wjeżdżamy do Drezna i stajemy na Schloßplatz- chyba moje ulubione miejsce, skąd jest widok na Katedrę, Operę, Sąd i drugi brzeg Łaby. Drugie moje ulubione miejsce to Neumarkt z górującym nad nim kościołem Marii Panny- idealna miejscówka na Pizzę 😉 Ogólnie Drezno jest mega- chyba podoba mi się najbardziej z tego typu miast o podobnym układzie i architekturze (Praga, Budapeszt, Wiedeń, Bratysława). Wszystko tutaj jest takie monumentalne, wręcz przytłaczające, po prostu jeździ się tymi uliczkami i zbiera szczękę spomiędzy szprych. Byłem tutaj dwa lata temu, byłem teraz i z chęcią wrócę jak najszybciej. W drodze na pociąg zaglądamy do słynnego Zwinger i jemy nie mniej słynnego Bratwursta. Podróż mija bez komplikacji i o 21:50 jesteśmy we Wrocławiu.

Drezno- naj, naj, naj!

Pizza na Neumarkt

Zwinger

Podsumowanie

Pierwsza i najważniejsza sprawa. Uważam za coś totalnie odlotowego fakt, że mogę sobie wyjechać na rowerze z Wrocławia jednego dnia, popołudniem tego samego dnia być w Pradze, zobaczyć masę rzeczy po drodze i w samym mieście, potem się przespać, przejechać niesamowitymi drogami przez przepiękne tereny, popołudniu być w Dreźnie, a wieczorem znów we Wrocławiu. To wszystko w 42 godziny za 300zł (nie oszczędzając na jedzeniu 😉 ). Teraz tak sobie porównuję do jakiejś tam sportowej imprezy X gdzie wpisowe jest 200 czy 400zł (ale hoho za to mamy makaron na mecie i medal! ). Nie zrozumcie mnie źle- to nie jest jakiś tam krok w kierunku sakwiarstwa, ale może czasem warto spróbować czegoś nowego i serio stawiam takie akcje dużo wyżej niż 5-ty raz wyścig w tej samej lokalizacji na tej samej trasie. Życie jest tylko jedno i póki mam taką formę aby przejechać w dwa dni 500km ze średnią ~30km./h to trzeba to wykorzystać. Wyjazd był pierwsza klasa, naśmialiśmy się za wszystkie czasy, dobrze mieć takiego kumpla, który nie pyta „gdzie, czemu i po co?”, tylko „kiedy jedziemy?” Fajnie, że udała się pogoda, fajnie że bez awarii sprzętu ani innych problemów, fajnie że czasowo wszystko się udało zobaczyć i zdążyć, fajnie że był syr, kofola, studentska i bratwurst, fajnie że 500km….no i fajnie 🙂 To mówicie, że te lody w Nowym Targu dobre ?;)

Wakacje, wakacje i po wakacjach :)

Taki luźny wpis przed weekendem. Co tam ciekawego ostatnio? Po średnio udanym wyścigu w Myślenicach postanowiłem sobie zrobić weekend wolnego. Prawda jest taka, że jeszcze odrobinę odczuwałem spustoszenie jakie zasiał w organizmie Bike Adventure- jednak 4 dni pod rząd na najwyższych obrotach- z chyba tego nie da się wypocząć w 5dni, w każdym razie nie jeżeli jeszcze dochodzi praca i inne rzeczy. W ogóle ostatnio dużo na głowie, samochód w drodze do Myślenic mi się lekko posypał, jeździ ale mocy tyle co w moim pierwszym (czyt. Wartburgu), w góralu po Myślenicach trzeba było ogarnąć opony. Tak więc weekend bez wyścigu mi się przydał. Choć po odpoczynku od mocnych treningów w tygodniu, chciałem go dobrze przetrenować. No ale cóż- może to jeszcze to Bike Adventure, może już zmęczenie sezonem, a może po prostu starość ;). W każdym razie o ile w sobotę pomasakrowałem trochę Wzgórza Trzebnickie i nawet całkiem sensownie to wyszło, to w niedzielę umierałem przez cały trening. Wiedziałem, że cudów nie będzie, więc chciałem porobić siłę pod Przełęcz Tąpadła, ale już po 30min jazdy robiło się słabo, 200W utrzymać trudno, a na samą przełęcz ledwo co na się wtoczyłem 😉 zawinąłem więc i trochę na około wróciłem do domu, zawinął bym się wcześniej, ale duże śniadanie weszło, trzeba było spalić 😉 W przerwie biadolenia kilka zdjęć z wypadu w góry przed Myślenicami, czyli chyba takich ostatnich mini wakacji w tym roku 🙂 Jak by ktoś chciał więcej, to zapraszam na picassę

DCIM101GOPRO DCIM101GOPRO

No! A teraz jakie plany? Jutro wyścig XC (o tak!) w ramach, czy też przy okazji Pucharu Polski XCO w Głuchołazach. Jakoś cieszę się na te wyścigi cross country w tym sezonie, chce mi się tam jechać 3x bardziej niż na maratony….i wszystko na to wskazuje, że jak plany się zrealizują, to w tym sezonie jeszcze oblecę XC w Obornikach Śląskich- fajny wyścig reaktywowany w tamtym roku po kilku latach…Nawet kiedyś, chyba w 2004r, w nim jechałem- ach to były piękne czasy- to był ostatni wyścig w sezonie. Z ekipą z KS AZS PWr dojechaliśmy pociągiem, a do Wrocławia wracaliśmy rowerami w ramach rozjazdu, a wieczorem posezonowa uczta- lody, pizza, piwko, ach rozmarzyłem się, a tu jeszcze miesiąc ścigania w tym roku przed nami! Full gas i lecimy!!!

Treningowy weekend…i szosówka 2015

Wprawdzie sezon zaczął się na dobre, ale ostatni weekend trochę jeszcze potrenowałem. Jakoś nie jestem zwolennikiem metody startowej na samym początku sezonu i ścigać się w środku kwietnia w soboty i w niedzielę to dla mnie trochę dalekie od ideału. Szczególnie że nad formą trzeba trochę jeszcze popracować. Po kilku dniach odpoczynku po Bike Maraton Miękinia pojeździłem porządnie w środę na Wzgórzach Trzebnickich, czwartek luźno, temperatury już prawie letnie więc w piątek na rower udało się wyciągnąć żonę i trochę pozwiedzaliśmy okolicę 🙂

Drugi "trening" w tym roku ;) :)

Sobota i niedziela to już ciężkie treningi. W sobotę w okolicy Przełęczy Tąpadła. Coś dawno mnie tam nie było- ostatnio częściej wybieram kierunek na Trzebnicę. Wprawdzie muszę się przebić przez miasto, ale i tak na pierwszych podjazdach jestem w okolicach Skarszyna po 50min. Natomiast jak jadę na Tąpadłę, to podjazdy mam po dobrej 1:15-1:20….no ale co tam- stęskniłem się za masywem Ślęży. Druga sprawa, to mam tam swoje odcinki testowe, które mi mogą trochę powiedzieć o aktualnej dyspozycji. Poleciałem przełęcz x4 na powrocie nakręciłem przez Przemiłów i zamknąłem trening w 130km i 4:10….oj fajnie jest kręcić przy 25*C, chyba do lata już nie tak daleko 🙂

W tle jedne z moich ulubionych terenów do jazdy

Dzień później pogoda zgoła inna…choć bez tragedii. Popadywał czasem jakiś kapuśniaczek, ale było ciepło i nie przeszkadzał za bardzo, ot taki ciepły letni deszcz :). Miał być trening typowo siłowy, bo coś mi ich brakuje ostatnio, ale trochę wiatr nie wiał w kierunku w którym miał wiać i kadencja odrobinę za wysoka powychodziła… ehh chyba trzeba kupić blat 64z 🙂

Kwiecień plecień...

No ale ważne że, jak to mówi nowe kolarskie powiedzenie, trening odbyty i dobry weekend za mną. Na deser prezentacja roweru szosowego, bo przez zimę się zmieniło to i owo. Coraz bliżej 7kg 🙂

Problemy techniczne

W ostatnich dniach strona była nieczynna z powodu dość poważnych problemów natury technicznej. W każdym razie witryna znów jest on line, wkrótce relacja ze zgrupowania w Hiszpanii. Podstrony i archiwalne treści będą uzupełniane na bieżąco