Archiwum kategorii: Góry

Trasy biegowe w Górach Bialskich i Masywie Śnieżnika

Trzy tygodnie temu testowałem kolejną miejscówkę na biegówkowej mapie Polski. Tym razem wybór padł na Góry Bialskie i Masyw Śnieżnika. Przez kilka ostatnich lat pojawiło się sporo nowych miejsc, w których można pobiegać na nartach…i dobrze, bo ile razy wspomnę sobie o zatłoczonych Jakuszycach, to zbieram się i próbuję odkryć coś nowego- rok temu Harrachov i Karłów, a w tym roku właśnie Góry Bialskie.

Plan zakładał pięć dni na biegówkach, więc trzeba było znaleźć jakieś lokum do spania- z tym nie było na szczęście problemu, bo ilekroć jestem w Stroniu to korzystam z zaprzyjaźnionego ośrodka Ski & Bike House, który jak zwykle polecam. No i właśnie tutaj pierwsza sprawa jeżeli chodzi o trasy biegowe w okolicy. Niestety nie da się zrobić takiej akcji, że się wychodzi z pensjonatu i ma się trasy biegowe w zasięgu 100m marszu jak np. w Harrachovie. Wprawdzie punktów startu jest kilka, ale trzeba do nich dojechać samochodem- około 20 minut do Bielic albo 15 minut do Nowej Morawy i co gorsza potem wrócić, co dość mocno mi dało w kość w pierwszy dzień kiedy było -15*C a po treningu samochód zimny. No i to w sumie jest jedyny minus tych tras, a teraz już same pozytywy.

Okolice Stronia Śląskiego o poranku. Zostawiam za sobą miasto i jadę kilka km na parking do Bielic


Początek tras biegowych na parkingu za leśniczówką w Bielicach

Po pierwsze mamy do dyspozycji bardzo fajną mapę wydaną przez gminę Stronie Śląskie- dostępna on-line, albo w wersji papierowej- laminowanej w Centrum Edukacji, Turystyki i Kultury, w Ski & Bike House też zawsze kilka sztuk jest. Oczywiście na trasach są odpowiednie drogowskazy z zaznaczonymi odległościami.

Ogólnie miejsc startu jest kilka, ale dwa pierwsze są najsensowniejsze:
– Bielice- trzeba przejechać całą wioskę, potem za zakaz wjazdu (z dopiskiem „nie dotyczy narciarzy biegowych” ) i do dyspozycji jest fajny leśny parking przy którym bezpośrednio zaczynają się trasy. Do dyspozycji mamy najpierw podbieg Doliną Białej Lądeckiej, pętlę Biały Spław po polskiej stronie, ew. możliwość pobiegnięcia łącznikiem do Nowej Morawy lub przebicie się na stronę czeską. U naszych południowych sąsiadów mamy kilka fajnych pętelek, które przebiegją przy schronisku Paprsek. Mamy tutaj do dyspozycji pewnie ze sto km tras jak nie lepiej, które są dość ciekawe, ale czasem wymagające. Ogólnie na takich treningach 50km wychodziło z 1200m przewyższenia, co jest już całkiem fajnym rezultatem. Bardzo mi też odpowiada profil tras- na sam początek jest jednostajny podbieg, dobre 50minut idealnie na rozgrzewkę, potem różne pętle, a na koniec znów zjazd do Bielic, gdzie już można odsapnąć i lekko z górki zakończyć trening. Jest kilka fajnych miejsc widokowych- w szczególności polecam szlak graniczny i okolice góry Brusek i Przełęczy Trzech Granic.

Trasa na pętli Biały Spław


Piękne warunki


Szlak graniczny w okolicy szczytu Brusek

– Nowa Morawa- parking trochę przed Przełęczą Płoszczyna. Można z niego pobiec na wschód w kierunku tras w Bielicach lub przejść na drugą stronę asfaltu i ruszyć w kierunku Śnieżnika. Ta trasa ma taki minus, że po prostu trzeba pobiec i wrócić tą samą drogą, praktycznie nie ma pętli i odnóg ( z wyjątkiem 7km dookoła góry Młyńsko)….ale widoczki są takie że i 10 razy można tą drogą biec i się nie znudzi. Po pierwsze piękne osie widokowe na Śnieżnik, który jest coraz bliżej i od tej strony prezentuje się przepięknie….zazwyczaj idąc od Kletna nie widzi się majestatu tej góry, natomiast biegnąc trasą z Nowej Morawy ośnieżone strome zbocza robią wielkie wrażenie. Z drugiej strony biegnąc Drogą Nad Lejami pokazują się piękne widoki na całą kotlinę. Wisienką na torcie jest możliwość podbiegu pod Schronisko na Śnieżniku (a potem zjazdu na którym można spokojnie polecieć >50km/h). Niestety im bliżej Kletna i Śnieżnika tym więcej turystów na trasach- szczególnie w miejscu gdzie biegną razem z niebieskim szlakiem pieszym. Jednak trzeba przyznać- ślady do klasyka nienaruszone, ale łyżwiarze mogą już narzekać. Dodatkowo trzeba uważać na odcinek od Porębka do Przełęczy Śnieżnickiej- tamten szlak jest dość mocno kamienisty i potrzeba dużo śniegu, aby był przejezdny bez przeszkód- mi się akurat udało, bo sypało mocno kilka dni przed moim przyjazdem.

– Są jeszcze punkty startowe z Janowej Góry, Kletna, Kamienicy i górnej stacji wyciągu Żmija, ale ich nie testowałem.

Kolejną lokalizacją skąd można wystartować to parking za Nową Morawą- ruszam w stronę Śnieżnika


Trasy biegowe w rejonie Kamienicy mają świetne osie widokowe


Panorama z Drogi nad Lejami

Odnośnie przygotowania tras, to jest bardzo fajnie- gmina dba o turystów i to nie tylko od święta i w weekendy, ale i w środku tygodnia jeżeli są opady śniegu. Aktualny stan można sprawdzić na stronie www. Ratrak podczepiony jest też pod system GPS bilestopy.cz. Na trasach co roku rozgrywana jest impreza sportowa Ultrabiel, na której można się zmierzyć z dystansami 30km i 60km.

Schronisko PTTK na Śniezniku


Najlepsza kanapa na świecie z najpiękniejszym widokiem

Ogólnie rzecz biorąc świetna miejscówka, bardzo przyjemne góry do uprawiania narciarstwa biegowego. Tereny Gór Bialskich są dość dzikie- chyba po raz pierwszy od dawna nie miałem zasięgu w komórce…i dobrze, bo to w końcu chodzi, aby się oderwać od miejskiej rzeczywistości i poobcować sam na sam z naturą. Sportowo wyjazd udał się w 100%- prawie 200km w nogach 5200m w pionie w tym dwa dni trening po 50km i to wszystko przy pięknej pogodzie. Na koniec zapraszam na filmik, który udało się nakręcić na trasach.

Tatry- zimowe wejście na Kościelec i Giewont

Jak jadę w Tatry drugi raz w ciągu trzech miesięcy, to wiedz że coś się dzieje 😉 No i dobrze się dzieje, bo to piękne góry. Piękne szczególnie zimą, kiedy to powyżej pewnej granicy nie spotyka się już przypadkowych osób, a cały gwar i hałas od którego przecież uciekam z miasta zostaje gdzieś daleko na Krupówkach i w dolinkach. Nie mogę ciągle odżałować, że te Tatry tak daleko, a jeszcze z takim sobie dojazdem gdzie 300km z Wrocławia do Krakowa jedzie się 3h, a następnie 100km do Zakopanego kolejne 2h (niech no szybciej tą S7 budują). Tym razem znów góry przy okazji, bo podwożę Ewelinę na kurs do Krakowa w piątek wieczór i lecę na nocleg do Cioci do Nowego Targu skąd w sobotę rano o 6:30 łapię busa, który ciut po siódmej dowozi mnie w okolice Kuźnic i tam też, około 7:30, zaczyna się przygoda 🙂

Dzień 1- Kościelec i Kasprowy
Dzień zapowiadał się w miarę dobrze- ciepło i bezwietrznie, bez szans na słońce, choć biorąc pod uwagę utrzymującą się od kilku dni 3jkę lawinową może to i lepiej. Do Murowańca dochodzę sprawnie w 1,5h żółtym szlakiem- mimo dużej ilości śniegu szlak jest dużo lepiej przetarty niż jak byłem ostatnio (1-wszego listopada ). Aha cel i plany! No właśnie jakoś tak ze mną jest, że zawsze mam cel i plany 😉 i co gorsza w 99% je realizuję. W górach zimą to nie jest najlepszy tok działania- za wszelką cenę iść i realizować plan. Zresztą tym razem założyłem, że realizacja celu będzie uzależniona od warunków i pogody- ba już zmieniłem plany bo jeszcze tydzień temu chciałem polecieć przez Zawrat na Świnicę, no ale spadło od tego czasu 70cm ;). Ostatnio w Tatrach najadłem się trochę strachu, teraz ma być wszystko pod większą kontrolą. Aha cel- Kościelec :). Góra trochę demonizowana w internetach…ale coś w niej jest zawsze budziła we mnie szacunek patrząc na nią właśnie z Gąsienicowej lub z Czarnego Stawu. Taki idealny strzelisty, piękny kształt. Założenie było proste- iść tak długo póki nie będzie to zbyt ryzykowne.

Hala Gąsienicowa i wyłaniający się z mgły Mały Kościelec


Podejście na szczyt

Żółty Szlak nawet za Murowańcem był dość dobrze wydeptany. Na Przełęcz Karb idę oczywiście czarnym szlakiem przy Zielonym Stawie (wejście od Czarnego stawu wydaje się zimą przy 3jce zbyt ryzykowne). Do przełęczy jedyną trudnością jest ilość śniegu, choć szlak był przetarty przez kilka osób- szło się dobrze i o 10:30 melduję się na Karbie. Zakładam raki, kask, jednego kijka zamieniam na czekan, a drugiego skracam. Na przełęczy do wejścia szykuje się grupa z instruktorem, którego pytam czy woli żebym szedł za, czy przed nimi i że pewnie się wycofam bo pierwszy raz i zima i mgła i w ogóle ;), a on mi na to, że nie taka straszna ta góra, ktoś właśnie szedł, więc wydeptane i żebym szedł bo oni będą wolno. No to siup, moja pierwsza poważniejsza góra zimą, kurczę… nawet nie wiem czy to nie mój pierwszy 2-tysięcznik, chyba tak 😉 Podejście jest dość wymagające wydolnościowo, ale o to na szczęście się nie martwię, a technicznie- cóż kwestia operowania czekanem w pozycji pionowej i po prostu pewnego stawiania kroków. Szczyt jest dość bezpieczny nawet przy wyższych stopniach lawinowych, bo przez jego strzelistość śnieg zwiewa w żleby i pod ściany, a droga którą szedłem to taki lekki mix skały + śnieg o dość dobrej strukturze pozwalającej na pewne wbicie czekana. Z jednej strony żałuje że widoczność wynosiła 100m w porywach, z drugiej strony się cieszę, że nie widziałem tych przepaści dookoła. Oczywiście nie chcę też góry uproszczać- to wciąż jest szczyt, gdzie trzeba uważnie stawiać każdy krok i mieć zawsze 100% pewności jeżeli chodzi o równowagę. Każde poślizgnięcie to może być upadek, a każdy upadek to może być zjazd ,a jeżeli nie uda się go wyhamować, to kończy się albo u podstawy na przełęczy (i w najlepszym przypadku będziemy sami w stanie wezwać TOPR żeby nas poskładali), albo w prawo/lewo od szlaku gdzie są pionowe urwiska, więc na Kościelcu zawsze 100% skupienia. Początek podejścia to dość srogie nachylenie, potem zaczynają się większe formacje skalne i czasem trzeba niektóre ominąć, jakieś 100m pod szczytem mijam się z taternikiem, o którym wspominał mi przewodnik. Najcięższe fragmenty to dwie półki skalne, na których już przydaje się czekan, bo można sobie go wbić i mieć kolejny punkt zaczepu. Na szczycie jestem o 11:05- w sumie szybko poszło 300m w pionie w pół godzinki.

Na wierzchołku Kościelca- 2155 mnpm


Moja trasa wejścia na Kościelec

Samo wejście na szczyt było bardzo ciekawym doznaniem, które ciężko mi porównać do innego z przeszłości. Wszystkie górki do tej pory to były takie: ok, idziemy, no i naturalne było wejście na szczyt, tutaj już było inaczej. Może to też za sprawą tego, że to mój pierwszy 2-tysięcznik, może dlatego że zima i w pełnym wspinaczkowym rynsztunku, ale to co poczułem po wejściu na szczyt było bardzo intensywne. Oczywiście na górze byłem sam 😉 pofociłem trochę, choć widoki marne, na szczęście wiatru zero. Czekałem na grupkę, żeby się nie mijać na żadnej trudności, ale chyba faktycznie szli wolno- ruszyłem w dół, co było dla mnie 2x cięższe niż droga do góry 😉 Minąłem się sprawnie z grupką z przewodnikiem, a 5 minut przed przełęczą na dość stromym odcinku spotkałem 4 osoby z czego jedna bez raków (!!!) i chyba nikt nie miał czekana, grzecznie odradziłem, choć chyba już podjęli sami taką decyzję, bo jeden leżał zatrwożony na śniegu, a reszta powoli próbowała się obrócić 😉
No dobra Kościelec mnie wpuścił i pozwolił stanąć na szczycie- była to zdecydowanie moja najcięższa wspinaczka do tej pory- od czegoś trzeba zacząć :). Co najważniejsze bez większego stresu (dzięki mgle hahaha) i bez żadnej sytuacji awaryjnej. Planowałem nocleg na Hali Kondratowej, a godzina jeszcze wczesna, więc na deser wszedłem sobie na Kasprowy szerokim wydeptanym szlakiem wzdłuż stoku narciarskiego- zszedłem zielonym szlakiem prawie do Kuźnic i obrałem niebieski na Halę Kondratową, gdzie dochodzę mając w nogach 22,5km oraz 2150m (!!!) przewyższenia.
Schronisko bardzo przyjemne i klimatyczne, wieczór minął w miłej atmosferze z nowo poznanymi ludźmi, a ranek przywitał pięknym widokiem. Chwilę po 7 ruszam w kierunku Giewontu, bo taki był plan na drugi dzień.

Na deser szlak na Kasprowy

Dzień 2- Giewont
Dojście na Kondracką przełęcz w zimie przy dużym zagrożeniu lawinowym jest takie sobie, bo idzie się trawersując żleb i chyba to jest aktualnie to czego najbardziej się boję w górach. Choć w tym wypadku nie było tragicznie, bo szlak był już wydeptany i ubity przez kilka osób, więc podciąć śnieg raczej trudno, ale czy samo nie zleci z góry nigdy nie jest pewne. Tyle dobrego, że atakowałem rano, bo przy słońcu, które wyszło zza grani- zagrożenie im później tym większe. Choć chyba ta 3jka lawinowa trochę na wyrost i przetrzymana przez weekend (co biorąc pod uwagę ferie i trochę niezdecydowanych turystów było bardzo dobrym posunięciem)- byłem przekonany że od poniedziałku będzie zmniejszone na 2 co zresztą się stało.

Dzień drugi zapowiada się dobrze


Na przełęczy


Śniegu trochę napadało

Żleby to chyba moja najmniej ulubiona formacja górska, bo i niebezpieczna i w sumie nudna, bo po prostu śnieg, który nie wymaga jakiś specjalnych technicznych umiejętności- trzeba po prostu napierać. Droga na szczyt raczej uważna, choć w sumie bez stresu, bo nawet mając do dyspozycji łańcuchy jakoś nie wyciągnąłem lonży na podejście (na przełęczy jeszcze nie było potrzeby, a przy łańcuchach już nie było miejsca 😉 ). Ogólnie czułem się dużo pewniej niż na Kościelcu, choć w sumie stoi się czasem pod ścianą na półkach śnieżnych o szerokości 40cm. Nie było natomiast tak stromo jak na Kościelcu, raptem ostatnie kilkanaście metrów trudniejsze. Na szczycie znów oprócz mnie nikogo (a na Giewoncie to podobno nie jest możliwe ;). W sumie lubię chodzić sam po górach, oczywiście trudniejsze trasy są wtedy mniej bezpieczne, ale jakoś tak lubię obcować sam na sam z górą. Szczególnie w takich warunkach- siedzę na wierzchołku z 20minut i gapię się na Tatry Wysokie, które widać jak na dłoni. Co ciekawe z tej perspektywy to Świnica i Krywań prezentują się najbardziej okazale, a Rysy gdzieś w dali nie wydają się tak wysokie. Mistyczności całej sytuacji dodawały niskie chmury w dolinach z których wyrastała grań Długiego Giewontu. Bym tam siedział cały dzień gdyby nie to, że o 15 musiałem być w Nowym Targu.

Giewont 🙂


Widoki na Tatry Wysokie, Kasprowy i Suche Czuby


Długi Giewont i smooooog 🙂


Napatrzeć się nie można

Zejście już dla bezpieczeństwa z uprzężą i lonżą. Schodzę do Doliny Małej Łąki też po trochę lawiniastym terenie, ale to już na szczęście ostatnia trudność na tym wyjeździe. Wciąż- wydawało się dużo bezpieczniej niż poranne podejście od Hali Kondratowej- po pierwsze dlatego bo ciągle w cieniu, po drugie dlatego, że nie ma takich wielkich przestrzeni jak po drugiej stronie grani. W Dolinie Małej Łąki czas na drugie śniadanie przy ostatnich chwilach w pełnym słońcu. Na deser zostawiłem sobie dwie atrakcje- Sarnią Skałę i Jaskinię Dziura. Ciekawe formacje warte odwiedzenia jeżeli zostanie trochę czasu po zejściu z gór.

Na zejściu


Znów na przełęczy


W Dolinie Małej Łąki


Pod Sarnią Skałą


W Jaskini Dziura


Wejście takie niepozorne, a w środku prawie 200m komora

No i koniec imprezy. Jakoś nie miałem szczęścia do pogody tej jesieni i zimy. W listopadzie w Tatrach było całkowite zachmurzenie. W grudniu z Piotrkiem przez cztery dni w Beskidach mieliśmy może z 30minut słońca, a tak to mgła, mgła, mgła. W styczniu na biegówkach w Harrachovie też tylko pojedyncze chwile ze słońcem, a tak to albo huragan albo śnieżyca. No ale w końcu się udało :). :)Góry mają to do siebie że czasem trzeba na coś czekać i być cierpliwym. Było pięknie , plan zrealizowany Kościelec i Giewont wpuściły na szczyt, ech szkoda, że te Tatry tak daleko.

Jakuszyce vs. Harrachov, czyli swoje chwalicie, cudzego nie znacie

Wstęp
Mam nadzieję, że nikt mnie nie znienawidzi po tym tekście, bo wiem że Jakuszyce to dla wielu ludzi miejsce kultowe…zresztą dla mnie też. Chyba jak 90% ludzi z Dolnego Śląska zaliczałem tam swoje pierwsze gleby na biegówkach. Zresztą jeżeli faktycznie zaczynamy naszą przygodę z nartami biegowymi to oczywiście polecam Jakuszyce z wiadomych powodów. Wszystko jest tam w miarę jasne- parking, zaraz obok wypożyczalnie, a za nimi już polana z założonymi śladami i kilkaset metrów po płaskim idealne do trenowania pierwszych kroków. Jednak jeżeli Jakuszyce znasz na wylot i mimo tego 10ty raz w sezonie parkujesz na Polanie, to czemu nie przejechać raptem 6km dalej i nie rozkoszować się nieskończoną ilością tras w okolicach Harrachova. Postaram się więc przedstawić pewne porównanie tras w Jakuszycach i Harrachowie- może trochę bardziej z naciskiem na opis tej drugiej miejscówki.

I to jest to!

1.Trasy- utrzymanie i ich mnogość, różnorodność.
To po pierwsze, bo wg mnie najważniejsze. Dość dobry przegląd miałem rok temu kiedy byłem 5 dni na biegówkach- pierwsze dwa w Jakuszycach- a trzy kolejne w Harrachovie. Akurat panowała wtedy klęska urodzaju i co nocy dosypywało 20-30cm śniegu. Jeżeli chodzi o utrzymanie, to w Jakucji byłem o 10:15 i po nocnych opadach trasy były jeszcze dość miękkie, mi w klasyku jeszcze to nie przeszkadzało, ale łyżwiarze się zapadali. W Harrachovie kiedyś pobiegłem sobie na start tras biegowych na porannym rozruchu przed 8:00 i trasy były jak stół. Ogólnie jakoś w Czechach zawsze jest ślad pod klasyka lux jak spod linijki, a u nas jakoś tak czasem mam wrażenie, że tyle co ludzie wyjeżdżą. Oczywiście zależy gdzie- wiadomo, że w weekend po trasie spacerowej Polana- Orle to i po 2h po przejeździe ratraka ślady są w marnym stanie. Dzieje się tak po pierwsze z racji na ilość ludzi, a po drugie ze względu na to, że jest to pierwsza trasa jaką pokonują początkujący i ich zdolność do wychodzenia ze śladów bez ich niszczenia jest bardzo mała.
Mnogość tras- to jest piękne, że można w Czechach wystartować z Nowego Mesta pod Smrkiem i przez Harrachov, Rokytnice, Spindleruv Mlyn i Pec dotrzeć aż do Zaclera- praktycznie bez odpinania nart! Zresztą zobaczcie sami- mi w planowaniu tras bardzo pomaga www.mapy.cz w wersji zimowej. Zazwyczaj wszystko to co jest niebieską ciągłą linią to są to trasy przygotowywane przez ratrak. Niebieska przerywana to szlaki raczej pod ski-toury. Fioletowe natomiast są to trasy typowo sportowe- bardziej wymagające, ale otwarte (chyba że są jakieś zawody) dla wszystkich.
W końcu różnorodność tras- amplitudy wysokości są zupełnie inne niż w Jakuszycach. Jeżeli ktoś lubi prędkość na biegówkach, to też będzie zadowolony, bo można się już nieźle napędzić. Choć oczywiście działa to w dwie strony- jeżeli ktoś jest bardziej początkujący, albo boi się szybko zjeżdżać na biegówkach, to z pewnością bardziej doceni Jakuszyce. Ale i w Czechach można wybrać trasy bardziej spacerowe- w sumie cała Karkonoska Magistrala taka jest. No i na koniec wysokość- 1400m n.p.m. w okolicach Kotela robi wrażenie, bo wiadomo, że w górach im wyżej tym ładniej i o tym w kolejnym punkcie.

Dość szybko można się dostać z Harrachova na szczyt Certovej Hory, gdzie znajduje się górna stacja wyciągu

Traski wyglądają tak- jak od linijki

2. Widoki
Choć 1400m n.p.m. to najwyżej gdzie byłem na biegówkach, to było tam ciut mgliście i dopiero na zjeździe do Szpindla kiedy wyszło słońce zbierałem szczękę ze śniegu…albo potem tego samego dnia. Odcinek Karkonoskiej Magistrali Labskiej Boudy do Vosecka Bouda- trochę na wschód od Szrenicy- wszystko przepięknie ośnieżone, słońce daje po oczach, na grani Karkonoszy skałki na Twarożniku, stacja przekaźnikowa nad kotłami, a oddali wyłania się z mgły szczyt Śnieżki i po prostu wielkie WOW! Tą scenę widać w pod koniec filmu znajdującego się na samym dole tego opisu, choć wiadomo że wideo oddaje 10% tego jak prezentował się krajobraz w tamtym momencie. A Jakuszyce wyglądają mniej więcej tak- polana,las,las,las,Orle,las,las,las,Samolot,las,las,las,las,las i niestety zero różnorodności. Pod względem krajobrazowym Harrachov wygrywa dla mnie 10:0 z Jakuszycami.

Jak są taaaakie widoki…

…to trzeba na chwilkę się zatrzymać i pokontemplować.

3. Mało ludzi
Już nawet nie mam na myśli, że większość z nas jeździ w góry po to żeby się odchamić i unikamy takich miejsc jak Kasprowy czy Gubałówka, a niestety z każdym rokiem Jakuszycom blisko do tego (gorszego) sortu pseudo-górskich miejsc. To już nie te czasy, gdzie się przyjeżdżało na luzie na pusty parking, przebierało się kulturalnie w szatni i do skarbonki wrzucało datek na utrzymanie tras. Mam po prostu wrażenie, że mimo tego że w Czechach biegówki są dużo bardziej popularne niż u nas, to dzięki temu, że mają pierdylion kilometrów tras to zagęszczenie ludzi na nich jest bardzo małe co przekłada się też na plus jeżeli chodzi o stan tras. Serio czasem zdarzało się, że startuję z Harrachowa ,wspinam się pod Certovą Horę potem w stronę Rokytnic mam w nogach 10km, a po drodze mijałem 5 osób….a jest sobota. Po prostu nikt przy zdrowych zmysłach mieszkający w Vrchlabi, Teplicach czy innej jakiejś tam Łomiance nad Papieżem (wolne tłumaczenie Lomnice nad Popelkou) nie jedzie nawet tych 20km do Harrachova mając trasy biegowe 300m od domu. I znów nawet nie chodzi mi o to, że czasem fajnie pobyć właśnie samemu w górach, to po prostu lepiej się biega, jak nie trzeba co 100m wyłazić ze śladów czy zmieniać tempa.

Brak słów

4. Jedzenie
No dobra to będzie krótki punkt, ale wiemy o co chodzi w życiu 😉 W życiu chodzi o to, żeby raz na jakiś czas pochłonąć smażony syr, popić Cernym Kozlem, a na koniec zagryźć Studentską;) A wieczorem kiedy już jesteśmy zatankowani pod korek otworzyć jeszcze tubkę Lentylek i wydusić ją na raz….dopychając Tatranką….i popić Kofolą żeby jakoś przeszło ;). Wszystko to zupełnie bez skrupułów, bo kolejnego dnia wstajemy rano i po lekkim rozruchu, odwiedzeniu lokalnej piekarni i śniadanku znów walimy 6h po górach i 4tyś kcal idzie precz.

Standardowe zakupy 😉

Poranne rozruchy można sobie urozmaicić tak 😉 (hint: tablica z informacją o zakazie wstępu stoi tylko od góry mamuciej skoczni 😉 )

5.Pozostałe praktyczne informacje
Co jeszcze mogę doradzić odnośnie Harrachova i uprawiania narciarstwa biegowego w jego okolicy. Na pewno przy planowaniu tras wspomniana mapa.cz w wersji zimowej ( i aplikacja na telefon). Niebieskie kreski ciągłe chyba zawsze były wyratrakowane. Po przerywanych starałem się nie jeździć, ale raz (aby dostać się na Kotela) musiałem- od Dvoracky do Karkonoskiej Magistrali było słabo- raczej trasa na toury. No ale znów- Karkonoska Magistrala od Labskiej Boudy do Voseckiej Boudy jest kreskowana, a była pięknie wyratrakowana (choć bez śladu do klasyka)
Opis tras i oznaczenia szlaków są idealne- przy każdym skrzyżowaniu stoi znak z pokazaną całą okolicą z numerami tabliczek, odległościami pomiędzy, no cud, miód i ideał.
W kwestii parkingów nie pomogę, bo zazwyczaj jestem tam na kilka dni i parkuję pod pensjonatem, ale na pewno jest parking pod wyciągami do zjazdówek skąd blisko poprzez trasy sportowe na drogę na Certovą Horę. Jest też duży parking koło dworca autobusowego i muzeum górskiego (pewnie tańszy niż koło wyciągu), skąd startuje Magistrala, którą po kilku km docieramy do Mumlavskiego Wodospadu a dalej w stronę Voseckiej Boudy i Szpindlerowego (choć ja nie lubię podbiegać tą drogą, bo Magistrala strasznie powoli i mozolnie się wznosi).
W ogóle jak widzicie na mapy.cz miejsc aby wystartować z Harrachova na biegówkach jest chyba z 5 czy 6. Gdzie by się nie spało czy gdzie się nie postawi auta, to zawsze będzie kwestia max 300-400m.
Na stronie www Ski Arealu Harrachov dostępna jest informacja o przejezdności tras i ostatnim ratrakowaniu.

Tablica informacyjna jaką znajdziemy przy trasach biegowych

Na koniec filmik ze wspomnianego pięciodniowego pobytu w Jakuszycach i Harrachovie na początku roku 2017:

Kilka słów o zmianach w rowerze CX i filmik z Beskidów

Ostatni raz na rowerze szosowym jeździłem 28 września….jakoś jesień od 2-3 lat stoi pod znakiem CX’a i mimo tego całego syfu, błota stęchlizny i tak jest na nim fajnie, dużo fajniej niż na MTB, w którym po lekkim błotku wszystko rzęzi i kwiczy oraz z pewnością dużo fajniej niż na szosie, szczególnie w jesienne zazwyczaj wietrzne dni. No ale zanim o rowerze przełajowym, to chwila dygresji o wczorajszej przejażdżce, która była super fajna, bo po pierwsze wreszcie jakaś dłuższa jazda (własnie pierwsza na szosie od września), po drugie w fajne nieznane miejsce (Pałac Sulisław), a po trzecie na totalnym spontanie i bez planowania trasy. Choć to ostatnie skutkowało kręceniem ostatniej pół godziny po ciemku i lekko wydłużonym dystansem, to wciąż wierzę że Paweł zupełnie przypadkowo gubi się na swoich terenach 😉

Dobra, teraz trochę o rowerze przełajowym, na którym spędziłem większość jesieni. Ogólnie sprzęt który złożyłem rok temu już był całkiem fajny, bo co najważniejsze dla mnie- z hamulcami tarczowymi i karbonowym widelcem…. no ale przecież nie można stać w miejscu ;). Plan na tą jesień był następujący- zmiana napędu na 1x i kół na lżejsze i bezdętkowe. Zamiast korby 34-50 zamontowałem owalny blat 42 zęby, a kaseta 11-36 pozwoliła zachować rozsądne przełożenia. Żeby obsłużyć największą zębatkę 36z konieczna była też wymiana przerzutki. Kołka zamienione na używki ZTR z całkiem fajnymi oponkami- przełajową wersją Racing Ralphów- na błotku super. Przednia piasta Novatec, tylna DT na ratchecie, więc już fajnie. Całość zalana mlekiem Trezado i jeździ się super :). Pół kilo z roweru urwane…a co do różnic w jeździe? Napęd 1x w rowerze przełajowym ma chyba największy sens ze wszystkich zastosowań. Jest to super wygodne rozwiązanie i tak jak w MTB się jakoś długo opierałem, to w CX dążyłem do tego, żeby szybko spróbować jak to jest. Owalna tarcza daje rady przy niskich kadencjach, a w połączeniu z lekkimi kołami rower wreszcie zaczął całkiem dobrze przyśpieszać. Ogólnie zrobił się fajny sprzęt, aż nie wiem co zmieniać za rok 😉 Szczegóły jak zwykle w dziale ROWERY

A na koniec filmik zmontowany z trekkingu po Beskidach:

Czterodniowy trekking po Beskidzie Żywieckim

Plan na te cztery dni był prosty- przejść praktycznie cały Beskid Żywiecki wzdłuż- startując w Zwardoniu, a kończąc w Zawoi. Planowaliśmy to z Piotrkiem już od jakiegoś czasu i wreszcie się udało znaleźć kilka dni. Dla mnie wszystko oprócz Babiej Góry będzie nowością, Piotrek pozwiedzał już trochę te góry, ale na rowerze- podczas Beskidy Trophy. Nowością będzie też forma tego trekingu, bo zakłada chodzenie od schroniska do schroniska, więc większość ekwipunku na 4 dni trzeba nieść ze sobą. Założenie jest takie, że śniadania mamy swoje (niezastąpiona owsianka), a kolacje jemy w schroniskach co pozwala trochę obniżyć wagę plecaka. W połowie dnia drugiego przechodzimy przez wioskę, gdzie może będzie uzupełnić zapasy.

Dzień 1 Zwardoń- Schronisko PTTK na Przełęczy Przegibek.

Rano musieliśmy się przetransportować samochodem z Wrocławia do Żywca, potem busem do Zwardonia, więc zaczęliśmy wycieczkę dopiero około 11. W Żywcu jeszcze nic nie zapowiadało zimy, jednak ostatnie 15 minut jazdy odbywało się już w śnieżycy. Ucieszyło nas to niezmiernie, bo wyjazd z założenia miał być zimowy, a halny i odwilż w zeszły weekend wymiotły cały śnieg z gór. Miało to też wprawdzie minus taki, że te 5cm świeżego śniegu czasem skrywało pod sobą lód, który utrudniał wędrówkę przez pierwsze 3-4km. Było na tyle słabo zaśnieżone, że szkoda tępić raki, ale kijki kilka razy uratowały tyłek i skończyło się na kilku efektownych piruetach zanim osiągnęliśmy poziom, gdzie śniegu było więcej. Ogólnie traska fajna w większości w lesie i dobrze, bo wiatr jeszcze do końca nie zelżał, ale prognozy były przychylne i to miał być ostatni wietrzny dzień. Po 15km osiągnęliśmy najwyższy szczyt tego dnia- Wielką Raczę, z której niestety nie dane nam było zobaczyć masywu Małej Fatry. Na pocieszenie pochłonęliśmy po talerzu fasolki po bretońsku w pobliskim schronisku i ruszyliśmy w kierunku dzisiejszego noclegu- Schroniska na Przełęczy Przegibek. Późny start poskutkował tym, że ostatnie dwie godzinki odbyły się po zmroku, no ale byliśmy na to przygotowani- w sumie czołówki przydały się każdego dnia- ot urok chodzenia po górach w grudniu, kiedy to dni są najkrótsze- dochodzimy do celu po 18:30. W schronisku pustki, oprócz nas jedna ekipa…a na szlakach tego dnia nie minęliśmy nikogo…no ale warunki były podłe, mgła, wiatr na oko ze 30km/h, a w porywach na szczytach z 60 km/h i tak do 15 padał śnieg, więc gogle tego dnia niezastąpione. Kończymy dzień z 25km w nogach i prawie 1500m przewyższenia.

Zwardoń...zaledwie kilka cm śniegu... ...a ciut wyżej już zima Szczyt Wielkiej Raczy Fasolka na rozgrzanie- jest radocha :) Taka końcówka dnia pierwszego

Dzień 2 Schronisko PTTK na Przełęczy Przegibek- Schronisko PTTK na Rysiance.

Startujemy skoro świt, ale po 5km robimy szybki przystanek w Bacówce na Rycerzowej, żeby zatankować wrzątek (na Przegibku obsługa jeszcze spała, a coś się nie dogadaliśmy wieczorem) do termosu i wypić kawkę. Pogoda wciąż perfidna, ale przynajmniej nie pada. W sumie ta odwilż kilka dni temu nie była taka zła- zdarza się, że miejscami głębsze warstwy śniegu są zmrożone i pomijając kilka cm świeżego śniegu, idzie się w miarę po ubitym. Jednak cały czas trzeba uważać, bo jak się to ubite przebije, to się wpada do kolan albo i głębiej. Mniej więcej w połowie drogi mamy zaplanowane przejście przez wioskę Ujsoły, a tam uzupełnienie zapasów żywności. Jeszcze nam się udało, bo zrobiliśmy sobie bufet w ciepełku w cukierni (współdzielonej z…sklepem mięsnym 😉 ). Na zejściu do wioski spotykamy pierwszego turystę na szlaku- no tak piątek- ludzie ruszają w góry. Na chwilkę opuszczamy szlak graniczny i kierujemy się w stronę noclegu w schronisku PTTK na Rysiance. Dochodzimy w miarę sensownie, chyba około 17:30. W schronisku już ciut więcej ludzi, ale jeszcze klimatycznie- nie komercyjnie. Jakoś da się od razu odróżnić na pierwszy rzut oka prawdziwe schroniska do których w z pewnością się będzie miło wracało, od takich molochów typu Morskie Oko, Miziowa (na której nie byłem wprawdzie, ale słyszałem to i owo) czy nasz kolejny nocleg na Markowych. W każdym razie na dobry początek zostaliśmy oszczekani przez 3 pieski, które jednak po wzajemnym obwąchaniu stały się bardzo przyjazne :). Potem już zasłużona kolacja, pyszne naleśniki, ciasto i przede wszystkim przemili ludzie na miejscu, którzy widać że wkładają mnóstwo serca w prowadzenie obiektu. Dzień zamykamy praktycznie z identycznym przewyższeniem i dystansem jak wczoraj, ale zmęczenie dużo mniejsze- w sumie z każdym dniem było chyba lepiej- trzeba było przyzwyczaić organizm do plecaka, szczególnie że miałem nowy i jeszcze pierwszego dnia kombinowałem z regulacją pasków i systemu nośnego.

Na Wielkiej Rycerzowej Jedna z nielicznych chwil z lepszymi widoczkami Chwila w ciepełku i to jeszcze ze Studencką...bezcenne :) Doszli my! PTTK na Rysiance- najfajniejsze schronisko na całej trasie :) Ależ klimatyczna pościel :)

Dzień 3- Schronisko PTTK na Rysiance- Schronisko PTTK Markowe Szczawiny.

To był z założenia najcięższy dzień pod względem dystansu- w planie około 30km, ale za to przewyższenia powinny być w miarę spokojnie- w sumie na sam początek wejście na Pilsko- 1557mnpm, a potem już w miarę lekko i na koniec trochę pod górę do schroniska. Problem tego dnia był taki, że nie mieliśmy nic cywilizowanego po drodze, żeby się ogrzać, zjeść itp. Na Pilsku oczywiście widoczność na 10 metrów i huragan, więc kilka fotek i w dół. Cóż szlak niebieski w kierunku Przełęczy Glinne był średnio (tzn. wcale) oznaczony- pierwszy słupek może 100m od Góry Pięciu Kopców, a następny po 1,5km ;). Zaczęliśmy schodzić, ale zmrożone zejście bez kosodrzewiny skłoniło nas do założenia kolców i tak było bezpieczniej i pewniej. Jednak nie mając GPS lub kompasu bez szans na zejście w dobrym kierunku. Trochę i tak zygzakujemy zapadając się co rusz po pas w śniegu, ale im niżej tym lepiej, a gdy zgęstniał las można było odnaleźć już właściwą ścieżkę. Raki przydają się praktycznie do samej przełęczy, bo nawet jak śniegu ubyło, to lód na zejściu był dość niebezpieczny. Na przeł. Glinne po jakiś 10km szybki bufet we wiacie- paprykarzyk smakował jak nigdy :). Następny postój zaplanowany był na około 20km w bazie namiotowej Głuchaczki. Fajna wiata, która osłaniała od wiatru- można było zjeść obiad- w tym dniu nie za zdrowo, bo zupka błyskawiczna, ale zalana wrzątkiem z termosu pozwoliła się ogrzać, bo o ile temperatury w czwartek i piątek były przyzwoite (w dolinkach nawet na plusie, na szczytach może ledwo poniżej zera), to w weekend już nie było tak kolorowo. O zmierzchu dochodzimy do granicy Babiogórskiego Parku Narodowego i sprawnie poruszamy się w górę- na Żywieckich Rozstajach chwila zawahania- niby do schroniska czerwonym szlakiem…no ale….w sumie jeszcze wcześnie- miał być najcięższy dzień, a jakoś tak lekko i przyjemnie, a Piotrek nigdy nie był na Małej Babiej 😉 (a jutro nie będzie, bo ze schroniska będziemy szli już bezpośrednio na Diablaka). No to co? Ciemno od pół godziny, 27km w nogach, więc decyzja mogła być tylko jedna- chłopaki dołożyli sobie z 500m w pionie ;). Wspinaczka pod Małą Babią szła dość mozolnie ze względu na nachylenie, minęła raczej w ciszy, ale było warto- nocne widoki na Zawoję wynagrodziły wszystko. Na szczycie spokój, wiatr praktycznie zero, a cisza zmączona tylko naszymi przyśpieszonymi oddechami po ciężkim podejściu i niesionym wiele kilometrów szumem armatek śnieżnych z pięknie oświetlonego stoku narciarskiego Mosorny Groń. Z Przełęczy Borna znów uratowały nas raki, bo nachylenie było dość srogie, o czym świadczyła rynna prawie jak na torze saneczkowym wykonana przez turystów, którzy mimowolnie musieli wybrać zjazd na tyłku 😉 Nie cieszyło nas to specjalnie, bo jutro będziemy tędy podchodzić. Dzień zakończony, 32km w nogach 2tyś m podejść w pionie no i już standard- kolacyjka, piwko i spać- a tu nowość w pokoju 5-os co też było fajnym doświadczeniem, bo w górach zazwyczaj większość ludzi jest fajna 🙂

Takie ładne :) Podejście na Pilsko z pierwszej perspektywy. Na szczycie Pilska- szczyt znajduje się kilkaset metrów od granicy- po słowackiej stronie Zejście z Pilska Powoli zapada zmrok, a my wchodzimy na obszar BPN Mała Babia Góra nocą :) Zawoja i Mosorny Groń

Dzień 4 Schronisko PTTK Markowe Szczawiny- Zawoja.

5:10 budzik…z prostej przyczyny- wschód słońca 7:33. Choć pogoda od 3 dni jest perfidna mam wielką nadzieję, że góry się zrewanżują i choć raz na tej wyprawie pokażą swoje piękno. Szybkie śniadanie i ruszamy ze schroniska. Wschód z Babiej podobno trzeba zobaczyć…. to słońce podświetlające panoramę Tatr to musi być coś magicznego. Na Diablaku byłem dwa razy- raz latem, raz jesienią i pogodę miałem ładną, więc żywiłem nadzieję na podtrzymanie passy. Przełęcz Borna osiągamy po 20 minutach jak zwykle podświadomie ścigając się z wyrytymi na drogowskazach czasami przejść, który w tym wypadku wynosił 30minut…latem 😉 . Niebo zdaje się przecierać, widać czasem gwiazdy, na horyzoncie już coraz jaśniej. Ze schroniska na wschód słońca chyba wyszliśmy jako jedyni, myślałem że nawet możemy być sami na szczycie…. Szlak od strony zachodniej nie jest bardzo łatwy- szczególnie jak go nie widać- ostatnie kilka metrów po większych kamieniach i jesteśmy na szczycie kilka minut po 7 rano….a tam z 20 ludzi- chyba wszyscy weszli z Krowiarek. Przy pewnie minus kilkunastu *C i pizgajacym wietrze…ale te wschody słońca stały się popularne. No ale nie tym razem- jeszcze była nadzieja, bo szczyt był wprawdzie we mgle, ale czasem wiatr przeganiał ją na kilka chwil. Jednak w czasie takiego krótkiego przerzedzenia dało się zauważyć, ze zaraz nad horyzontem wiszą ciężkie chmury i jak słońce znad nich wyjdzie to może koło 11. No nic- kilka fotek i w dół, jeszcze tu wrócimy. Choć troszkę dostaliśmy od gór na deser- po zejściu może 200m niżej przez chwilkę się przerzedziło i dało się dostrzec zamglone zarysy Tatr. Reszta dnia to już raczej schodzenie z gór z małymi hopkami. W Zawoi byliśmy gdzieś po 12:00 kończąc dzień z 20km w nogach i 1000m przewyższenia. Teraz tylko dostać się do Żywca i to z przesiadką w Suchej Beskidzkiej. No ale lepiej być nie mogło- dochodzimy na przystanek w Zawoi- stoi busik „-kiedy Pan odjeżdża? – Już”. Dojeżdżamy do Suchej, wysiadamy i nawet nie zdążyliśmy zerknąć na tablicę z rozkładem a podjechał bus do Żywca 😉 Dzięki temu wróciliśmy w miarę sensownie do Wrocławia i szczęśliwie zakończyliśmy tą przygodę. Fajny treking, każdy dzień dość wymagający, góry są piękne nawet jeżeli pogoda nie dopisuje, a surowy zimowy krajobraz zawsze mi się podobał. Było super fajnie 🙂

Takie widoki na Babiej! ;) Na punkcie widokowym na Sokolicy Kilka chwil ze słońcem. Widoczki na doliny na sam koniec wyprawy

Tatry- zimowe wejście na Kasprowy Wierch i trawers Suchych Czubów Kondrackich

Dobra, strona podupadła ostatnio na treści i aktualizacjach trochę z racji na FB i insta, a trochę z braku czasu. Nie będę się rozpisywał dlaczego sezon 2017 u mnie wyglądał jak wyglądał, może kiedyś w długi zimowy wieczór się zbiorę ;). Teraz mam fajniejszy temat 🙂
Po Tatrach jakoś nigdy mi nie dane było chodzić, albo nie było kiedy, albo tylko przejazdem…a nie sorry- byłem raz z Żoną na tydzień, no ale Gubałówka i doliny to nie Tatry ;). No i w końcu nadarzyła się okazja- poniedziałek i wtorek miałem robotę w Krakowie no i tak kombinowałem- środa wolna, Rodzina w Nowym Targu no to wio 🙂
Plan zakładał start z Kuźnic, wejście na Kasprowy, potem granią do Kondrackiej Kopy, Giewont i powrót przez Halę Kondratową… plan nie zakładał kilkudziesięciocentymetrowego opadu śniegu w dwa poprzedzające dni 😉 Ostatnio zmienił się czas, więc chcę wyruszyć rano- po pierwsze aby mieć jeszcze zapas czasu, mimo czołówki w plecaku, po drugie żeby też nie wracać do Cioci i Kuzynostwa o 23 i spędzić razem trochę czasu. Z Kuźnic startuję o 6:40 i lecę żółtym a potem niebieskim szlakiem do Murowańca, śniegu sypnęło- jest pięknie, zima w górach to jest coś magicznego, widoczność dobra, ale bez słońca, wiatr- zero i dość ciepło- idę bez rękawiczek i czapki, no chyba że to podejście robi swoje ;), szlak dość wydeptany. 8:25 jestem przy Murowańcu i badam szlaki, jedna osoba wraca i mówi, że nie są przetarte, fakt- na Kasprowy żółtym szła tylko jedna osoba, ale śniegu nie jest bardzo dużo- do pół łydek, czasem się zapadam do kolan, więc pierwsze przepakowanie i stuptuty na nogi. Dobrze, że ta jedna osoba szła, bo las się skończył i szlak idzie już gołym stokiem, a tyczkowanych szlaków niestety przez cały dzień nie uświadczyłem. Na razie bezpiecznie, ale kilkaset metrów przed szczytem szlak idzie trawersem, a ścieżka która pewnie wcina się w ten trawers jest już pod śniegiem, zbocze dość strome, więc drugie przepakowanie i na butach lądują raki i od teraz idzie się dużo bezpieczniej. Na Kasprowym jestem o 10:00, kilka fotek szybkie zerknięcie na grań, którą idzie w oddali tylko jedna osoba….no ale przecież bez sensu wracać tą samą drogą 😉 Ruszam dalej zostawiając za sobą zbyt głośny szczyt Kasprowego.

W drodze na Kasprowy Raki założone, chwila zadumy i ruszam dalej Widoczki z Kasprowego Czerwony szlak z Kasprowego w kierunku Kondrackiej Kopy

Na grani jest kilka szczytów do przejścia- pierwszy- Goryczkowy Wierch- przechodzę spokojnie granią- szlak idzie bokiem, po słowackiej stronie, ale zasypany. Po drodze mijam dostrzeżonego wcześniej turystę, piękne stadko kozic górskich i udaję się na Czubę Goryczkową…idę granią- na mapie jest tak samo odejście na stronę południową, ale wszystko po Słowackiej stronie jest totalnie zasypane- musiało jak na złość tak zawiewać- wracam się trochę, próbuję inaczej, też się nie da- po polskiej stornie ścianki i przepaście. Dogania mnie Jarek- ów drugi turysta- decydujemy że razem bezpieczniej i jakoś się przeprawiamy….chyba w końcu granią okrakiem. Jarek mieszka w okolicy, więc po cichu liczę na większe doświadczenie niż moje. Niestety doświadczenie często miesza się z rutyną i jakoś zapomniało mu się raków, co w sumie na razie nie jest problemem- śnieg raczej kopny, lodu mało. Przejście przez Czubę zajmuje jakieś 30minut…a to był dopiero początek. Przed nami cała formacja skałek o nazwie Suche Czuby- w lecie takie piękne- od polskiej strony wybitne i strzeliste, od słowackiej nie takie monumentalne, ale zaraz spod nich startują stoki o nachyleniu 35-40*, czyli idealne lawiniska.

Tak prezentują się Suche Czuby od strony słowackiej (źródło- Wikipedia) Kozice i Koziołki :) Na Goryczkowym Wierchu Grań ma w sobie piękno

Z jednej strony śnieg dopiero co zaczął sypać tej zimy…z drugiej strony 2gi stopień lawinowy tego dnia i w sumie było to widać gołym okiem- po drodze kilka miejsc, gdzie poszły na szczęście nie duże lawinki, które zatrzymywały się po 30-40m, jednak wszystko to kazało wyostrzyć uwagę. Oboje zgodnie stwierdziliśmy, że pewnie jeżeli byśmy szli sami, to byśmy zawrócili, a tak to jednak ciut bezpieczniej- zawsze jest druga osoba, żeby zadzwonić po pomoc. Praktycznie każda z formacji skalnych wymagała obejścia- już sam nie wiem ile ich było w sumie 5 może 6. Warunki bardzo podobne- pod ściankami nawiany śnieg, czasem tak dużo, że kiedy sondowałem, to kijek wpadał cały + ręka do łokcia- trzeba było iść niżej, bo tam śniegu było mniej= mniejsza szansa że się z nim popłynie. Chodziliśmy wykorzystując czasem wystającą kosodrzewinę- zawsze to jakiś uchwyt i znak, że jest płytko śniegu, ale i tak było kilka miejsc gdzie trzeba było przejść 10-20m trawersując żleb. Staraliśmy się to robić bardzo delikatnie, aby nie zruszyć śniegu. Lawinki może nie były groźne ze względu na ilość śniegu- raczej by nie przykryły, ale właśnie przez to że było płytko, to dużo większa szansa na trafienie po drodze na głazy, urwisk na szczęście nie było widać, no ale opis który znalazłem już po powrocie nie pozostawia złudzeń:
„Lawina z lutego 2000 wyłamała las nie tylko po północnej stronie doliny. Przecięła potok i sięgnęła na zbocze Kop Liptowskich około 100 m ponad dnem Doliny Cichej. Jej szerokość przy dnie doliny wynosiła blisko 500 m. Resztki lawiny, przykryte izolacyjną warstwą drzew (…) przetrwały do następnej zimy”. Drwale i kierowcy 10-tonowych ciężarówek mieli robotę na dwa lata” (Władysław Cywiński: Kasprowy Wierch – Tatry. Przewodnik szczegółowy). Chyba faktycznie to była ostatnia szansa tej zimy, aby przejść ten szlak- 30cm śniegu więcej to by była zerowa pewność co do tego po czym się idzie.
Posuwaliśmy się makabrycznie powoli, ale co ważne bez żadnych sytuacji awaryjnych. Najlepiej było już dawno zawrócić, ale oczywiście jak to bywa w takich sytuacjach brnie się zawsze coraz głębiej i głębiej w bagno ;). Doszliśmy tak trochę z duszą na ramieniu do ostatniej formacji- Małej Suchej Czuby. Oczywiście była to najcięższa przeprawa na sam koniec- potem już było widać w miarę przetartą ścieżkę, którą szła czwórka skitourowców. Jak ciężko było niech świadczy fakt, że przejście około 150 metrów w linii prostej zajęło godzinę i dwadzieścia minut (…) i wyglądało mniej więcej tak:

Brawo ja ;)

Niestety po drodze było jedno krytyczne miejsce- gdzie raki były niezbędne, bez nich było na tyle niebezpiecznie, że mimo tego, że było to przedostatnia trudność na trasie Jarek postanowił się wrócić. Wymieniliśmy się numerami tel. żeby ew. się alarmować i upewnić, że się wróciło do domu bezpiecznie. No i właśnie mi została ostatnie przeszkoda- ostatnie 10 metrów…..dlaczego to tak zawsze jest, że to końcówki są takie- jeżeli by taki był początek, to w życiu bym dalej nie poszedł…..hmm… więc w sumie może to i dobrze ;). W każdym razie sytuacja wygląda tak stoję na półce o szerokości 20cm z prawej mam ścianę z 3m wysoką prawie pionową bez żadnych chwytów, z lewej mam zbocze żlebu 40* jak nic, półka się kończy a za nią kijek wpada w śnieg. Czuję że pode mną jest piękna ścieżka szlaku…tylko 1,5m pod nawianym śniegiem. Kręcę się w jednym miejscu z 10minut szukając miejsca na nogę posunąłem się może o metr znajdując pod śniegiem jakieś załomy w ścianie o które stabilnie mogę oprzeć raka, no ale nie mam pomysłu co dalej. Nie zaryzykuję kroku w śnieg w który mi kij wpada, bo jak wpadnę po ramiona to sam nie wyjdę, albo wystartuję lawinę. No ale przecież jak odpuścić- ostatnie kilka metrów. No i dobra- inżynier wymyślił taki sposób- nagarniam śnieg w jedno miejsce i ubijam kijkami, nagarniam, ubijam i tak w kółko, po 3minuach mam w miarę stabilne miejsce, żeby postawić nogę. No i takimi krokami pokonuję ostatnie metry, wychodzę z duszą na ramieniu na utwardzoną ścieżkę. Chyba rekord- Goryczkowa Czuba- Małą Sucha Czuba- w linii prostej 1,6km, po mojemu 2,8km i 3 godziny 20 minut ;), ale co ważne- bez sytuacji awaryjnej, choć nie powiem że bez stresu i ryzyka, no ale czym by były góry bez tych rzeczy. Giewont niestety zostawię sobie na inną okazję, robi się późno- schodzę już bez większych przygód przez Halę Kondratową po drodze zawracając trzy grupki, które chciały odwiedzić Kasprowy, ale nie sądziły że to może zająć 4 godziny w jedną stronę ;). Wieczorem zdzwaniamy się z Jarkiem- niestety obawy przed powrotem tą samą drogą i podcinaniem śniegu drugi raz były słuszne. Jarek poleciał ze śniegiem kilkadziesiąt metrów i jak się ogarnął, to nie miał wody i buta…choć udało się go potem znaleźć acz bez skarpetki ;). Poobijany, w kontakcie tel. z TOPR dotarł bezpiecznie na dół. To tylko daje do myślenia- niby 50-60cm śniegu a już taka siła…co dopiero się dzieje przy poważnych lawinach.
Jak zwykle każde doświadczenie uczy i już wiem, że po pierwsze czekan- może na samym szlaku nie był by dużo bardziej pomocny niż kije, ale rezerwowo w razie podcięcia i zjazdu w dół trzeba go mieć w ręce. Po drugie kask- przy takich lawinach ofiary nie są z uduszenia po śniegiem, tylko z obrażeń- zazwyczaj głowy. Po trzecie lina- nawet z 20m- szczególnie jak idzie się w dwie osoby przez takie krótkie nieosłonięte odcinki- idzie jedna, druga czeka na stanowisku (znów czekan), jak jeden dojdzie w bezpieczne miejsce, to idzie drugi.
No ale zostawiając za sobą już te wszystkie niebezpieczne chwile- było przepięknie, szlak bardzo malowniczy, szczególnie w stronę Słowacji, z mega widokiem na Cichą Dolinę i najbliższe kilka szczytów po 2tyś mnpm. No i mimo wszystko cieszę się że spadł śnieg- ma to swój urok i góry nabierają zupełnie innego charakteru, do pełni szczęścia zabrakło słoneczka, no ale przecież chyba jeszcze kiedyś tam wrócę 🙂

Ech, gdyby zawsze było tak płytko ...no właśnie....zabawa po pachy ;) :) Piękne lodowe stalaktyty...niestety trzeba było je zepsuć, bo kompletnie blokowały przejście blisko ściany

Trasa:
https://www.strava.com/activities/1256649174