Miesięczne archiwum: wrzesień 2026

Treking na Zugspitze przez Wąwoz Höllentalklamm, lodowiec Höllentalferner i ferratę.

Wejście na Zugspitze było w mojej strefie marzeń już dobre kilka lat. Gdzieś w internecie natknąłem się na opis szlaku, który wydawał mi się bardzo ciekawy. To musiało być już serio dawno temu, bo chyba dopiero później zacząłem się przymierzać do pierwszych ferrat. Ogólnie z opisu szlak wydawał się bardzo ciekawy- wąwóz z górskim potokiem, lodowiec, ferrata, a to że Zugspitze to najwyższa góra Niemiec dodawało tylko smaczku. Bałem się tylko, tego że jestem tam w szczycie sezonu i będzie gęsto, co na ferratach nie jest ani przyjemne, ani bezpieczne, no cóż- raczej chodzę szybciej niż wolniej  pod górę (w sumie jak się okazało, to tego dnia nikt mnie nie wyprzedzał na szlakach).

Tak więc startuję o 5 rano z Garmisch-Partenkirchen. Oczywiście przycebulowałem na parkingu i samochód został przy noclegu. No nic- założyłem że pierwsze 5km zanim się wejdzie w las, to dobra rozgrzewka, a popołudniu wrócę już autobusem (rano tak wcześnie nie jeździły). Wprawdzie rozgrzewka po asfalcie w wysokich butach nie jest idealna, ale tylko do nich mogę potem zamontować raki, które konieczne będą na lodowcu. Po 50min spaceru szlakiem przez pastwiska pora na śniadanie- klasycznie wchodzi owsianka z jogurtem. Dochodzę do rzeki Hammersbach, która będzie mi z grubsza towarzyszyła przez całą drogę na szczyt- rzeki wyjątkowej, bo powstającej z topiącego lodowca Höllentalferner. Zerkam ostatni raz przed wejściem do lasu na szczyt, który jest jakieś 2200m wyżej i ruszam szlakiem 831A w kierunku Wąwozu Höllentalklamm- przy kasie (wąwóz płatny- chyba 7e) spotykam pierwszych turystów. Wąwóz jest piękny, aż żal mi trochę, że jednak muszę iść przez cały dzień w miarę żwawo, tak aby wyrobić się z trasą (zaplanowana ma 37km, więc pewnie jak zwykle będzie więcej i wyjdzie koło 40 😉 ). Towarzyszący szum kaskad i wodospadów jest niesamowity, często idzie się tunelami drążonymi w skale, jeżeli jest zimny dzień, to polecam tu kurtkę przeciwdeszczową- kapie z każdej strony :). Ja szedłem w dość upalnym okresie i będąc tu o 7 rano było dość rześko, ale znośnie nawet w krótkim rękawku.

O 7:50 mijam ostatnią cywilizację przed szczytem, czyli schronisko Höllentalanger Hut- uzupełniam picie w bukłaku, bo choć dużo na razie nie poszło, to mam tą świadomość, że do szczytu dobre kilka godzin, dzień będzie upalny a słońce do popołudnia ma być cały czas. Chwila, moment i około 1600mnpm zaczyna się pierwsza- krótsza ferrata na trasie. Na szczęście godzina jest na tyle wczesna, że jeszcze nie ma dużo osób, mam wrażenie że pierwszy rzut ze schroniska wyszedł już jakiś czas temu, a drugi- ci którym się nie śpieszy jeszcze jedzą śniadanie. Szlak dość fajny i nie za trudny (trudność B), czasami to przepinanie nawet bardziej denerwuje niż uspokaja, no ale nic- to już specyfika via ferrat, do których chyba wciąż mam lekko mieszane uczucia. Chyba bardziej niż na ferraty czekam na lodowiec- może dlatego, że te ferraty nie są dziś jakoś mocno spektakularne, bez wielkich ekspozycji.

Po pierwszej ferracie krajobraz robi się coraz bardziej księżycowy, a w oddali widać już lodowiec oraz trochę przed nim dość sporej wielkości kaskadę. To dobre miejsce, aby uzupełnić wodę, mi się nie chciało wyciągać bukłaka, ale miałem świadomość, że w tak upalny dzień to może być na styk, natomiast opiłem się jej strasznie. Nie wiem czy to autosugestia, ale niesamowicie mi smakowała. Była bardzo orzeźwiająca- na pewno za sprawą swojej temperatury w tak ciepły dzień, ale też świadomość, że pije się coś co odtajało po raz pierwszy od 10 tysięcy lat…no było to przeżycie bym powiedział nawet lekko transcendencjalne.

No i w końcu- lodowiec! Pierwszy raz w życiu będę szedł po lodowcu….i bardzo możliwe, że po tym konkretnym będę szedł po raz ostatni, bo wszystko wskazuje na to, że do 2030r ma się całkowicie wytopić L. Co mnie zaskoczyło- na pewno szczeliny- nie spodziewałem się aż takich dużych na takim małym lodowcu. Są dość dobrze widoczne i o tej porze roku nie powinno być żadnej ukrytej pod śniegiem, choć nie powiem- stąpanie w sumie po płytkich strumykach, które cały czas wytapiały lód….czasem ciężko było powiedzieć czy te kroki są pewne, bo ten lód tak dziwnie prześwitywał :). Druga sprawa to nachylenie- jakoś oglądając zdjęcia czy filmy z tego miejsca, byłem przekonany, że jest to raczej płaski odcinek, a tu serio było stromo- jak teraz patrzę to miejscami powyżej 30%. Ok- ten lód był dość mocno zmieszany ze żwirkiem, ogólnie dość wytopiony, miejscami breja śnieżna, ale serio- nie rzuciły mi się na ten temat informacje, a dużo pewniej bym się czuł mając w ręku czekan. Natomiast bez czekana- każdy krok musiał być 200% pewny- nie mogło być mowy o potknięciu, stracie równowagi czy poślizgnięciu….to by nie była miła zjeżdżalnia, kije pomagały. Co chwila też biorę łyka wody ze strumyczków lodowcowych, nie wiem czy dlatego, że tak mi smakuje, czy dlatego, że trochę czuję, że do szczytu w bukłaku będzie jej trochę za mało. Ogólnie lodowiec był dość intensywnym doświadczeniem- nie obyło się bez spadających z góry skał- na szczęście bokiem, kilkanaście metrów od trasy którą podchodzili ludzie (których przy lodowcu zrobiło się sporo- to musiał być ten pierwszy poranny rzut schroniskowy). Ostatni „moment” na lodowcu to szczelina brzeżna, która albo była trochę demonizowana w opisach, albo akurat pogoda sprawiła, że wytopiła się tak, że nie była straszna. Natomiast jest pod ścianą gdzie kończy się lodowiec, a zaczyna ferrata dość ciasno i pochyło, a trzeba trochę ogarnąć- ściągnąć raki, założyć sprzęt na ferraty, no ale przy odpowiednim skupieniu da się to ogarnąć.

Druga ferrata była zdecydowanie dłuższa i miejscami trudniejsza (trudność C) niż pierwsza, szczególnie gdy faktycznie wspinało się po skale, a nie podciągało na linie. Było kilka ciekawych momentów, fajne widoczki na lodowiec i trochę wyprzedzania- natomiast bardzo kulturalnego- nie naciskałem specjalnie, a jednak zazwyczaj gdy ktoś widział, że idę szybciej, to po chwili się pytał, czy chcę wyprzedzić. Na pewno później były większe tłoki- ja tą ferratę robiłem koło 10-11, to było całkiem znośnie. Zaletą  (której nie byłem w sumie świadomy) tej drogi na Zugspitze jest, to że wychodzi się praktycznie pod szczytem, a okazało się że na szczyt od strony wyciągów jest kolejka na sto osób, a ja idąc od ferraty wbiłem się na szczyt bokiem…. No i w sumie fajnie- 11:30 melduje się na szczycie Zugspitze, szybkie foty i zejście w obszar restauracyjno-kolejkowy…..gorzej niż na Kasprowym 😉 prawie jak na Krupówkach…no nic taki klimat gór na które można dojechać wyciągiem. Zrobiłem sobie szybką wycieczkę do Austrii, bo już dawno nie piłem Stiegla- niestety tym razem 0%, no bo jednak jeszcze trochę skupienia na dół wymagane. No właśnie- większość ludzi by zjechała kolejką, ja jednak postanowiłem zejść.

Zejście szlakiem 01/801 w kierunku Knorr Hut- chyba jedyne rozsądne ze szczytu- bo szlak 821 w kierunku Eibsee był wtedy zamknięty. 801 jest oznaczony na mapach jako ferrata o trudności A (co mnie trochę zastanawiało czy to ok jeżeli będę tamtędy schodził, bo ferraty jednak zazwyczaj są jednokierunkowe), ale okazało się że to normalny szlak, tylko dodatkowo ubezpieczony, nikt tam raczej z lonżą nie szedł, a w kasku może 10%, ja kask sobie zostawiłem na głowie, bo jednak szlak często nawijał o 180*, a nigdy nie ma się pewności czy nikt powyżej nawet przypadkiem kamienia nie szturchnie. Pierwszy odcinek szlaku był całkiem fajny. Natomiast potem gdy skończyła się twarda skała zaczęło się ześlizgiwanie po grubym żwirku i trwało to baaaardzo długo. Bardzo niewygodny to był szlak- praktycznie każdy krok to możliwość uślizgu, w końcu najlepszą taktyką zejścia okazało się ciut szybsze tempo, ciągłe szuranie i w miarę kontrolowane ślizganie się po kamieniach. Jakoś to przeżyłem, ale to było praktycznie 1000m w pionie po bardzo marnym szlaku, serio chyba lepiej było zjechać. No nic- przystanek (ciut dłuższy niż planowałem bo akurat startował śmigłowiec) w Knorr Hut, kolejne uzupełnienie 2l bukłaka i ruszam dalej, nachylenie i jakość szlaku powodowały, że dystans ubywał bardzo powoli- o godzinie 14 zostało mi jeszcze 18km. Na szczęście powoli szlak stawał się bardziej przyzwoity, choć nogi powoli wchodziły w tyłek.

Zacząłem sobie zerkać na zegarek na planowaną godzinę przybycia i korelować to z odjazdami autobusów, które są co godzinę. No i wyszło na to, że jeżeli chcę zdążyć, to muszę z ostatnich dwóch godzin urwać z 30minut…nie uśmiechało mi się czekać godzinę na przystanku, a po takiej wyrypie fajnie by było coś zjeść. W sumie potem jak o tym myślałem, to przez cały dzień nie jadłem tak dużo- rano owsianka, potem batony, banany, na szczycie buła, jeden żel, który mi dał fajnego kopa na jeszcze jedno podejście (niebagatelne, bo 500m w pionie pomiędzy 30 a 33 km). No nic- zaczęła się kontrola tempa, czasem lekkie podbieganie (tak, po 35km w wysokich butach 😉 ), zacząłem się lekko czuć jak na każdym rogainingu kiedy to zawsze z Piotrkiem gonimy do mety ostatnie kilometry, żeby zmieścić się w limicie czasu ;). Boczkiem szła burza, ale dostałem tylko rykoszetem lekką mżawką. Niestety zaczyna powoli brakować picia, ostatnie 1,5 godziny już oszczędzam, a po takim dniu i przy takim wysiłku, to nie jest dobre. Ostatnie pół godziny już całkiem na sucho. Udaje się dotrzeć do Hammersbach jakieś 10 minut przed odjazdem autobusu. W nogach 41,5km, 3006m w pionie, 12 godzin marszu, 14:20 czasu od momentu wyjścia. W gardle sucho- koło przystanku knajpa- zamówionego pilsa ku przerażeniu barmanki opróżniam na dwa łyki 🙂 i gonię na PKS ;)…..no i co taki wysiłek na koniec trasy, a autobusu nie ma, mija 10, 15, 20 min i nic, zaczyna wchodzić górskie zimno, co przy kumulacji wysiłku z całego dnia powoduje, że nawet gdy założyłem długi rękaw zaczynałem marznąc. Co to w ogóle ma być? Zawiodłem się tu strasznie na niemieckim ordnung muss sein (po raz drugi; po raz pierwszy gdy pan w hotel oznajmił, że w sumie na Booking mają napisane że parking prywatny na miejscu, ale mają 6 miejsc a pokoi 20 K). Wymarzłem się strasznie, na szczęście zgadałem się z dziewczyną co też czekała na autobus i mieliśmy szczęście, bo ktoś odwoził na przystanek znajomych i wracał do Ga-Pa, to nas zgarnął. Trochę mniej szczęścia miałem z planowanym posiłkiem, bo szybki przegląd przez mapy powiedział, że po 21 w czwartek w Garmisch ciężko znaleźć coś otwartego. No nic- pół godziny leżenia w gorącej wannie też brzmiało dobrze ;). Stopy miały ciężko tego dnia- wciąż myślę czy nie było lepszym rozwiązaniem zabranie niskich butów do plecaka, choć był już mocno napakowany jak na jeden dzień- raki, uprząż, lonża, kask- trochę to waży.

Dobra to była trasa, taka nie za łatwa 😉 No dobra- kondycyjnie to był kat- zdecydowanie jeden z cięższych dni jakie przeżyłem i cieszę się, że dalej wytrzymałościowo jestem w stanie znieść takie wyrypy- na coś to całe trenowanie przez cały rok się przydaje 🙂

Strava