Archiwum kategorii: Podróże

Podsumowanie zgrupowania w Calpe

To już tydzień jak wróciłem z Hiszpanii, więc najwyższa pora napisać co się działo w ostatnich dniach i podsumować zgrupowanie. Pogoda do końca była juz przecudna, czasem trochę powiewało, ale najważniejsze że było słoneczko, bo to ono cieszyło i nawet wtedy te górsko-morskie wiatry tak bardzo nie przeszkadzają :)….zresztą jakoś tak zazwyczaj się udawało, że było pod wiatr na początku, a pod koniec treningu już tylko łapać podmuchy w żagle i lecieć 50 km/h…w końcu moc się musi zgadzać 😉
Z ciekawych rzeczy- kiedyś wieczorem przeszliśmy się po starej części miasta, o której w sumie do tej pory nie miałem pojęcia. Wieczorem wąskie uliczki miały swój klimat, a i udało się czasem podpatrzeć jakieś lokalne tradycje (np. próby do procesji, pewnie Wielkanocnej- 16 osób zamkniętych w metalowym stelażu na którym pewnie w święta będzie coś ciekawego- o! nawet się doszukałem na YouTube). Dzień później wybrałem się w ramach rozjazdu na zwiedzanie starówki. Jest kilka fajnych miejsc, skwerów, samych zabytków dużo nie ma, ot fragment murów miejskich i dwa nie takie wiekowe kościoły, ale całość z wieloma kameralnymi restauracjami tworzy ciekawy klimacik.

Wąskie uliczki w Calpe Jeden ze skwerów z wmurowanymi tabliczkami z ciekawymi informacjami Mury miejskie i.....armaty! Trening przez procesją Hiszpańskie schody

A co do treningów. Ostatni mikrocykl udany. Znów w jeden dzień męczyłem Benissę i Cumbre del Sol. To ostatnie to miejscówka gdzie rok temu miał miejsce finish jeden z etapów Vuelta a Espania. W drugi dzień na przemian sprinty pod malowniczym miasteczkiem Parcent i wspinaczki pod Coll de Rates. A w ostatni dzień….a to potem 😉 na razie jeszcze trochę o kulturze, a dokładniej rzecz biorąc o kuchni :)…no bo jakoś chyba na dwa dni przed wyjazdem zebraliśmy się w kilka osób na lokalny przysmak jakim jest Paella, czyli w skrócie ryż gotowany na wywarze z owoców morza…no i same owoce morza do kompletu. Próbowałem kiedyś robić w domu jednak to nie to samo 😉 Wiadomo, że smakuje 1000x razy lepiej po ciężkim treningu, jedząc ze znajomymi w blasku śródziemnomorskiego słoneczka. Mniam, polecam jak ktoś będzie w okolicy, szczególnie że to potrawa charakterystyczna dla okolic Walencji.

Taki ładny baner Tom Dumoulin ma na mecie. Paella, czyli potrawa z cyklu jak się dobrać do tego skorupiaka ;)

Do końca wyjazdu uskuteczniałem poranne rozruchy i ćwiczenia stabilizacyjne. Stanie na piłce już chyba opanowane, rekord to pewnie z 2 minuty, więc idę dalej i teraz czas na przysiady 🙂 No dobra- wracając do treningów- w ostatni dzień wreszcie udało nam się pojechać z Piotrkiem dłuższą traskę zaliczając przy okazji miejsce gdzie nie byliśmy ani w tamtym, ani w tym roku- Puerto de Tudons (port de Tudons)- przełęcz o wysokości 1024m. Wcześniej przejeżdżaliśmy m.in. przez Guadalest…..chyba jednak zmieniam moje ulubione miasteczko w tej górskiej okolicy- dotychczas no.1 dla mnie to było Castell de Castells (za położenie wśród totalnych gór, w dolince) , ale teraz chyba jednak najbardziej mi się podoba Guadalest. Ot miasteczko co nie ma nawet 200 mieszkańców, ale za to ma… dwa zamki (z czego jeden z XI w.), kościół z ~1750r, więzienie z XII w……i 9(sic!) muzeów…..189 mieszkańców;). Główne zabytki są położone na skałach nad urwiskami….widoki przepiękne….tylko zdjęcia mi się coś marne zrobiły i z daleka :(….no ale kiedyś przecież jeszcze się tu wróci :). A! Podjechaliśmy jeszcze nad zalew na rzecze Rio de Guadalest- przepiękny kolor wody, a zalane 86 ha. Aj! Bym zapomniał, za dużo atrakcji jednego dnia, na samym początku treningu…czyli około 60km 😉 podjechaliśmy na tzw. Coll de Rates 2, czyli jeszcze dobre 300m w Pionie od restauracji na przełęczy do stacji meteorologicznej….wprawdzie przez chwilkę jest kiepski szuter, a potem dość marny asfalt (o nachyleniu miejscami dochodzącym do 20%; średnie 10%)….ale…jakie widoki z góry. Benidorm jak na dłoni, a po drugiej stronie wszystko od Deni przez Pego, aż gdzieś tam pewnie po miasto Gandia.

Dobrze, że nie rozumiem hiszpańskiego i nie wiem, że te liny są przeznaczone dla dzieci w wieku 10-14 lat ;) Coll de Rates 2.0- dalej i wyżej się już nie da Widoki na Denię Zalew na Río Guadalest Miasteczko Guadalest i górujące nad nim zamki Koniec podjazdu na Puerto de Tudons Pożegnalna fotka na końcu ostatniego treningu. Takie zachody słońca!

Co jeszcze- suche liczby, czyli 1284km, 54h aktywności i 23000m w pionie (bez korygowania)….a w ostatni dzień piękna jazda na dobicie- 186km, 3800m i 7h:30m. Tydzień po zgrupowaniu aktywnie odpocząłem- ot dwie jazdy na CX, trochę basenów i raz siłka, coś też potruchtałem na luzie…..a od dziś wracamy na właściwe tory- po treningu Garmin pokazał mi 71h odpoczynku…..no cóż to chyba awansem na poniedziałek, bo przecież jutro też jest dzień 😉
Na koniec chcę Was zaprosić do lektury magazynu Szosa- chyba jeden z fajniejszych numerów, dużo ciekawych artykułów. Jeden szczególny, bo z moim skromnym udziałem- przy okazji testu roweru B’Twin Mach 470. Bardzo fajny tekst, gdzie znajdziemy wywiad z Bartoszem Huzarskim przepleciony opisem rundki treningowej w okolicach Masywu Ślęży.

Polecam ostatnią "Szosę"

Zgrupowanie- ciąg dalszy

Dziś poniedziałek- znów odrobina wolnego czasu, żeby napisać kilka słów o dalszej części zgrupowania. W sumie to już powoli zbliża się koniec- ot trzy mocne treningowe dni i trzeba się pakować. Z rana praktycznie przez cały wyjazd uskuteczniam rozruchy, a małym challengem jest stanie na piłce. Z dnia na dzień jest lepsza stabilizacja, aktualnie jestem w stanie ustać z 2minuty, więc powoli zaczynam robić przysiady…no ale to jeszcze do końca nie wychodzi 😉 Na porannych rozruchach zawsze dobre towarzystwo, czyli Jeziorek i Przemo.

Stabilizacja na piłce Piona z Jeziorkiem i idziemy biegać ...a Przemo woli na bosaka :)

Po słabszym weekendzie, dziś wróciło lato- idealnie na dzień regeneracji…..choć najpierw kilka słów o sobocie i niedzieli, żeby nie było tak kolorowo, że Hiszpania to tylko słoneczko, lody, kawa i opalanie się na leżaczkach po treningu.

Jakoś miałem to nieszczęście, że udało mi się porządnie zmoknąć i zmarznąć….i to dwa dni pod rząd. W sobotę pewnym zobrazowaniem tego jak mocno pizgało złem, było to że koło 13:00 na Coll de Rates…..podjeżdżałem sam. Normalnie w miejscu, w którym jest zawsze pierdylion kolarzy, teraz kilka osób zjeżdżało zaraz koło Parcent, a potem aż do przełęczy zero ludzi. No dobra- do przełęczy nie dojechałem, bo zza niej szedł taki podmuch, że zanim mnie obróciło pedałowałem z kadencją 40rpm przy prędkości jakieś 8km/h z mocą 440W ;). Zlało mnie totalnie i trudno- w takich warunkach odpuściłem jedną tempówkę…za duże ryzyko gleby na zjeździe albo choroby z wychłodzenia.
Myślałem, że to już koniec złej passy, no ale niestety w niedzielę było jeszcze „lepiej”, był drobny śnieg i pierwszy raz w Hiszpanii burza z piorunami (no dobra- z jednym, ale był 😉 ). Tutaj byłem z 70km od Calpe i z wizją kolejnych 100 do dokręcenia, więc skorzystałem z przystanku i przeczekałem największe oberwanie chmury. Na szczęście 20min później wyszło już słońce, które mnie wysuszyło, rozgrzało i świeciło już do końca treningu. Nie chciałem zresztą odpuszczać, bo widoki w okolicy La Vall d’Ebo i zjazd do Pego to jedne z fajniejszych fragmentów tych okolic.

Widoczki w okolicy La Vall d'Ebo Zima panie...zacisnąć zęby i jazda... Burza w Hiszpani- też ładny widok ;) Zjazd z Coll de Rates Widok na kanion rzeki Riu d'Ebo

No a dziś regeneracja. Z rana wypad na skałkę górującą nad Calpe, a popołudniu rozjazd na kawę ;). Żeby nie było tak cudnie- kolejne trzy dni będą bolały- wtorek i środa, to treningi interwałowe, a czwartek, to jakaś porządna wytrzymałość, czyli pewnie znów wejdzie jakieś Gran Fondo 😉

O! Tam dziś idziemy :) Taka ekipa Na Penon de Ifach Kawa w Morairze zawsze kusi na rozjeździe :)

Czarnogóra- podsumowanie

Zanim relacja z Bike Maratonu w Szklarskiej, to jeszcze małe podsumowanie wyjazdu do Czarnogóry od strony kolarskiej. Na miejscu miałem w sumie 8 noclegów, założenie było takie, żeby trenować z rana, tak aby udało się wrócić na 9-10, bo w końcu miały to też być wakacje 🙂 Podczas tych kilku dni udało mi się zrobić 4 mocne treningi, reszta to rozjazdy. Mocne, choć zazwyczaj nie za długie…no jeden dłuższy trening się udało wynegocjować, ale cel był szczytny, ale o tym za chwilę 🙂

Nocowaliśmy z żoną w Buljaricy koło większego miasta Petrovac. Ogólnie rzecz biorąc nadmorska droga jest dość ruchliwa, więc zazwyczaj męczyłem podjazd z Petrovacu w kierunku Jeziora Szkoderskiego- droga luźna, bo pod górą jest tunel, który mimo tego że płatny, jest chętniej wykorzystywany przez kierowców. Sami kierowcy jak pisałem wcześniej bardzo ok. Choć na Bałkanach jeżdżą trochę niebezpiecznie, to jakoś jak jechałem rowerem nie miałem żadnej groźnej sytuacji. Może z 2-3 razy zdarzyło się wyprzedzanie z przeciwka na trzeciego, ale jestem w stanie ich zrozumieć- ciągnie się taka kręta droga przez góry juz kilka km, no to jak tylko jest 200m prostej to żal nie wyprzedzić :). A tak to zero stresu. Mało tego- kolarze w Czarnogórze to dalej zjawisko rzadkie i kibicowanie przez robotników albo przez kierowców średnio raz na kwadrans jest przyjemną normą. Drogi w dość dobrym stanie, choć trzeba być uważnym, bo czasem na równej szosie zdarza się nieoznaczona dziura-krater lub częściej przełom. Cała okolica to jedno wielkie pasmo górskie, na płaskie odcinki nie można liczyć. Nawet na godzinnych rozjazdach wzdłuż morza wychodziło po 400m przewyższenia.

A specyfika treningów- męczyłem na różne sposoby wspomniany podjazd, raz robiąc go w całości od dwóch stron, raz cisnąłem 20sto minutówki na sweet spocie, a raz siłowo. W ostatni dzień przyszedł czas na królewski etap. Chciałem odwiedzić Park Narodowy Lovcen z położonym na szczycie góry Jezerski vrh (1657mnpm) Mauzoleum Piotra II Petrowicia. Podjazd miał 31km o średnim nachyleniu 5% i jakieś 1550m w pionie do podjechania. 1:42:20 wspinaczki, ale było warto. To jeden z treningów, który na zawsze pozostanie w pamięci. Niesamowity podjazd a potem super zjazd i nieziemskie widoki z góry. W czasie podjazdu sekcja 16nastu serpentynek z zakrętami o 180*. W sumie wyszła niezła przejażdżka- prawie 5h (zaczynałem o 5:15), 135km i jakieś 2800m w pionie.

A pod względem turystycznym- fajny kraj. Jak ktoś był już w Chorwacji polecam zapuścić się trochę dalej. Praktycznie każda większa miejscowość skrywa coś ciekawego, a w każdej mniejszej cerkwia lub monastyr co ma kilkaset lat, widać też że turystyka w rozkwicie, a turyści głównie krajowi i Serbowie. Polaków dużo mniej niż w Chorwacji. Ceny w lokalnych konobach całkiem fajne, za 4euro menu dnia- zupa, lekkie danie + mała sałatka, za 5,5e już porządne danie z 300g mięcha co po treningu siłowym jak znalazł :D. Jak kogoś interesuje większe foto-story bardziej o zabytkach i miejscach niż o rowerze, to zapraszam na picase 🙂

Czarnogóra- kilka słów na wstęp

Wpis może nie w 100% kolarski, ale temat jest do rozwinięcia w przyszłości, bo jestem na miejscu dopiero dwa dni. Rodzinny urlop dłuższy niż kilka dni w środku sezonu dla kolarza jest dość problematyczny. Szczęśliwie udało się wszystko dopiąć, sam nie wiem jak, bo oprócz pobytu na miejscu w Czarnogórze po drodze było jeszcze wesele, potem zwiedzanie Budapesztu….a i w drodze powrotnej jedziemy z jednym przystankiem. Rower zmieścił się do środka samochodu, więc w sumie jedyne co zostało do przemyślenia to noclegi na trasie przejazdu z bezpiecznym parkingiem.
Po superowym weselu kuzyna niedzielny poranek spędziłem na łupaniu podjazdów pod Przełęcz Salmopolską. Nawet małe oberwanie chmury nie zmyło uśmiechu z gęby- na szosówce po Beskidach jeździłem ostatni raz w 2003 roku chyba. W poniedziałek z rana wyruszyliśmy w drogę i koło 14 byliśmy w Budapeszcie. Obeszliśmy najciekawsze zabytki, mosty, wzgórze zamkowe, taki 16nasto kilometrowy spacerek :). Pobudka o 4:00 i w drogę przez Bośniackie góry, oj piękne drogi, niesamowite widoki- nie żałuję tego wyboru (alternatywa to chorwackie autostrady). Około 18 dojeżdżamy na miejsce- do miasteczka Buljarica.

W kolejnym dniu tylko lekki rekonesans okolicy i już widzę że będzie fajowo. Nazwa Czarnogóra z niczego się nie wzięła ;). Jeżeli po pobycie w Calpe stwierdziłem, że nie ma tam płaskiego, to teraz muszę powiedzieć, że tutaj nie ma nic poniżej 5% nachylenia 😉 . Z miejsca w którym mieszkam, może na 10m n.p.m. można po może 10km być na wysokości 630m. Minus tej okolicy, to dość słabo rozwinięta sieć dróg i w sumie mam jedną przełęcz do objeżdżania- zaleta taka, że alternatywą dla tej przełęczy jest tunel, więc 90% ruchu lokalnego leci tamtędy. Ogólnie bałem się kierowców w Czarnogórze, ale na razie zero problemów, wręcz przeciwnie ze dwa- trzy razy coś wymachiwali z uśmiechem i dopingowali na podjeździe :). Asfalty spoko, choć trzeba być uważnym, bo czasem na równej drodze wyskoczy duża dziura lub mocne fałdy, których nie za bardzo widać. Zakręty na zjazdach przecudowne :). Tyle na razie ciekawych informacji odnośnie Czarnogóry. Co do treningów- dziś docisnąłem mocno (choć bez przesady- przełęcz to 27 minut z jednej i 32 z drugiej przy 300-330W) na podjazdach i obciążenia weszły fajnie, no ale jak może być inaczej jak potem można się zregenerować na plaży i wymoczyć się w wyjątkowo chyba w tym roku zimnym morzu…wczoraj na oko 20*C, dziś z 24*C, oby zimy prąd już sobie odpływał 🙂 Okolica przepiękna, co chwile jakiś drogowskaz do górskiej cerkwi lub monastyru, tyle że do większości potrzebny by był rower MTB. No to na razie tyle, ale coś ciekawego jeszcze pewnie skrobnę.