Archiwum kategorii: Podróże

Jakuszyce vs. Harrachov, czyli swoje chwalicie, cudzego nie znacie

Wstęp
Mam nadzieję, że nikt mnie nie znienawidzi po tym tekście, bo wiem że Jakuszyce to dla wielu ludzi miejsce kultowe…zresztą dla mnie też. Chyba jak 90% ludzi z Dolnego Śląska zaliczałem tam swoje pierwsze gleby na biegówkach. Zresztą jeżeli faktycznie zaczynamy naszą przygodę z nartami biegowymi to oczywiście polecam Jakuszyce z wiadomych powodów. Wszystko jest tam w miarę jasne- parking, zaraz obok wypożyczalnie, a za nimi już polana z założonymi śladami i kilkaset metrów po płaskim idealne do trenowania pierwszych kroków. Jednak jeżeli Jakuszyce znasz na wylot i mimo tego 10ty raz w sezonie parkujesz na Polanie, to czemu nie przejechać raptem 6km dalej i nie rozkoszować się nieskończoną ilością tras w okolicach Harrachova. Postaram się więc przedstawić pewne porównanie tras w Jakuszycach i Harrachowie- może trochę bardziej z naciskiem na opis tej drugiej miejscówki.

I to jest to!

1.Trasy- utrzymanie i ich mnogość, różnorodność.
To po pierwsze, bo wg mnie najważniejsze. Dość dobry przegląd miałem rok temu kiedy byłem 5 dni na biegówkach- pierwsze dwa w Jakuszycach- a trzy kolejne w Harrachovie. Akurat panowała wtedy klęska urodzaju i co nocy dosypywało 20-30cm śniegu. Jeżeli chodzi o utrzymanie, to w Jakucji byłem o 10:15 i po nocnych opadach trasy były jeszcze dość miękkie, mi w klasyku jeszcze to nie przeszkadzało, ale łyżwiarze się zapadali. W Harrachovie kiedyś pobiegłem sobie na start tras biegowych na porannym rozruchu przed 8:00 i trasy były jak stół. Ogólnie jakoś w Czechach zawsze jest ślad pod klasyka lux jak spod linijki, a u nas jakoś tak czasem mam wrażenie, że tyle co ludzie wyjeżdżą. Oczywiście zależy gdzie- wiadomo, że w weekend po trasie spacerowej Polana- Orle to i po 2h po przejeździe ratraka ślady są w marnym stanie. Dzieje się tak po pierwsze z racji na ilość ludzi, a po drugie ze względu na to, że jest to pierwsza trasa jaką pokonują początkujący i ich zdolność do wychodzenia ze śladów bez ich niszczenia jest bardzo mała.
Mnogość tras- to jest piękne, że można w Czechach wystartować z Nowego Mesta pod Smrkiem i przez Harrachov, Rokytnice, Spindleruv Mlyn i Pec dotrzeć aż do Zaclera- praktycznie bez odpinania nart! Zresztą zobaczcie sami- mi w planowaniu tras bardzo pomaga www.mapy.cz w wersji zimowej. Zazwyczaj wszystko to co jest niebieską ciągłą linią to są to trasy przygotowywane przez ratrak. Niebieska przerywana to szlaki raczej pod ski-toury. Fioletowe natomiast są to trasy typowo sportowe- bardziej wymagające, ale otwarte (chyba że są jakieś zawody) dla wszystkich.
W końcu różnorodność tras- amplitudy wysokości są zupełnie inne niż w Jakuszycach. Jeżeli ktoś lubi prędkość na biegówkach, to też będzie zadowolony, bo można się już nieźle napędzić. Choć oczywiście działa to w dwie strony- jeżeli ktoś jest bardziej początkujący, albo boi się szybko zjeżdżać na biegówkach, to z pewnością bardziej doceni Jakuszyce. Ale i w Czechach można wybrać trasy bardziej spacerowe- w sumie cała Karkonoska Magistrala taka jest. No i na koniec wysokość- 1400m n.p.m. w okolicach Kotela robi wrażenie, bo wiadomo, że w górach im wyżej tym ładniej i o tym w kolejnym punkcie.

Dość szybko można się dostać z Harrachova na szczyt Certovej Hory, gdzie znajduje się górna stacja wyciągu

Traski wyglądają tak- jak od linijki

2. Widoki
Choć 1400m n.p.m. to najwyżej gdzie byłem na biegówkach, to było tam ciut mgliście i dopiero na zjeździe do Szpindla kiedy wyszło słońce zbierałem szczękę ze śniegu…albo potem tego samego dnia. Odcinek Karkonoskiej Magistrali Labskiej Boudy do Vosecka Bouda- trochę na wschód od Szrenicy- wszystko przepięknie ośnieżone, słońce daje po oczach, na grani Karkonoszy skałki na Twarożniku, stacja przekaźnikowa nad kotłami, a oddali wyłania się z mgły szczyt Śnieżki i po prostu wielkie WOW! Tą scenę widać w pod koniec filmu znajdującego się na samym dole tego opisu, choć wiadomo że wideo oddaje 10% tego jak prezentował się krajobraz w tamtym momencie. A Jakuszyce wyglądają mniej więcej tak- polana,las,las,las,Orle,las,las,las,Samolot,las,las,las,las,las i niestety zero różnorodności. Pod względem krajobrazowym Harrachov wygrywa dla mnie 10:0 z Jakuszycami.

Jak są taaaakie widoki…

…to trzeba na chwilkę się zatrzymać i pokontemplować.

3. Mało ludzi
Już nawet nie mam na myśli, że większość z nas jeździ w góry po to żeby się odchamić i unikamy takich miejsc jak Kasprowy czy Gubałówka, a niestety z każdym rokiem Jakuszycom blisko do tego (gorszego) sortu pseudo-górskich miejsc. To już nie te czasy, gdzie się przyjeżdżało na luzie na pusty parking, przebierało się kulturalnie w szatni i do skarbonki wrzucało datek na utrzymanie tras. Mam po prostu wrażenie, że mimo tego że w Czechach biegówki są dużo bardziej popularne niż u nas, to dzięki temu, że mają pierdylion kilometrów tras to zagęszczenie ludzi na nich jest bardzo małe co przekłada się też na plus jeżeli chodzi o stan tras. Serio czasem zdarzało się, że startuję z Harrachowa ,wspinam się pod Certovą Horę potem w stronę Rokytnic mam w nogach 10km, a po drodze mijałem 5 osób….a jest sobota. Po prostu nikt przy zdrowych zmysłach mieszkający w Vrchlabi, Teplicach czy innej jakiejś tam Łomiance nad Papieżem (wolne tłumaczenie Lomnice nad Popelkou) nie jedzie nawet tych 20km do Harrachova mając trasy biegowe 300m od domu. I znów nawet nie chodzi mi o to, że czasem fajnie pobyć właśnie samemu w górach, to po prostu lepiej się biega, jak nie trzeba co 100m wyłazić ze śladów czy zmieniać tempa.

Brak słów

4. Jedzenie
No dobra to będzie krótki punkt, ale wiemy o co chodzi w życiu 😉 W życiu chodzi o to, żeby raz na jakiś czas pochłonąć smażony syr, popić Cernym Kozlem, a na koniec zagryźć Studentską;) A wieczorem kiedy już jesteśmy zatankowani pod korek otworzyć jeszcze tubkę Lentylek i wydusić ją na raz….dopychając Tatranką….i popić Kofolą żeby jakoś przeszło ;). Wszystko to zupełnie bez skrupułów, bo kolejnego dnia wstajemy rano i po lekkim rozruchu, odwiedzeniu lokalnej piekarni i śniadanku znów walimy 6h po górach i 4tyś kcal idzie precz.

Standardowe zakupy 😉

Poranne rozruchy można sobie urozmaicić tak 😉 (hint: tablica z informacją o zakazie wstępu stoi tylko od góry mamuciej skoczni 😉 )

5.Pozostałe praktyczne informacje
Co jeszcze mogę doradzić odnośnie Harrachova i uprawiania narciarstwa biegowego w jego okolicy. Na pewno przy planowaniu tras wspomniana mapa.cz w wersji zimowej ( i aplikacja na telefon). Niebieskie kreski ciągłe chyba zawsze były wyratrakowane. Po przerywanych starałem się nie jeździć, ale raz (aby dostać się na Kotela) musiałem- od Dvoracky do Karkonoskiej Magistrali było słabo- raczej trasa na toury. No ale znów- Karkonoska Magistrala od Labskiej Boudy do Voseckiej Boudy jest kreskowana, a była pięknie wyratrakowana (choć bez śladu do klasyka)
Opis tras i oznaczenia szlaków są idealne- przy każdym skrzyżowaniu stoi znak z pokazaną całą okolicą z numerami tabliczek, odległościami pomiędzy, no cud, miód i ideał.
W kwestii parkingów nie pomogę, bo zazwyczaj jestem tam na kilka dni i parkuję pod pensjonatem, ale na pewno jest parking pod wyciągami do zjazdówek skąd blisko poprzez trasy sportowe na drogę na Certovą Horę. Jest też duży parking koło dworca autobusowego i muzeum górskiego (pewnie tańszy niż koło wyciągu), skąd startuje Magistrala, którą po kilku km docieramy do Mumlavskiego Wodospadu a dalej w stronę Voseckiej Boudy i Szpindlerowego (choć ja nie lubię podbiegać tą drogą, bo Magistrala strasznie powoli i mozolnie się wznosi).
W ogóle jak widzicie na mapy.cz miejsc aby wystartować z Harrachova na biegówkach jest chyba z 5 czy 6. Gdzie by się nie spało czy gdzie się nie postawi auta, to zawsze będzie kwestia max 300-400m.
Na stronie www Ski Arealu Harrachov dostępna jest informacja o przejezdności tras i ostatnim ratrakowaniu.

Tablica informacyjna jaką znajdziemy przy trasach biegowych

Na koniec filmik ze wspomnianego pięciodniowego pobytu w Jakuszycach i Harrachovie na początku roku 2017:

Kilka słów o zmianach w rowerze CX i filmik z Beskidów

Ostatni raz na rowerze szosowym jeździłem 28 września….jakoś jesień od 2-3 lat stoi pod znakiem CX’a i mimo tego całego syfu, błota stęchlizny i tak jest na nim fajnie, dużo fajniej niż na MTB, w którym po lekkim błotku wszystko rzęzi i kwiczy oraz z pewnością dużo fajniej niż na szosie, szczególnie w jesienne zazwyczaj wietrzne dni. No ale zanim o rowerze przełajowym, to chwila dygresji o wczorajszej przejażdżce, która była super fajna, bo po pierwsze wreszcie jakaś dłuższa jazda (własnie pierwsza na szosie od września), po drugie w fajne nieznane miejsce (Pałac Sulisław), a po trzecie na totalnym spontanie i bez planowania trasy. Choć to ostatnie skutkowało kręceniem ostatniej pół godziny po ciemku i lekko wydłużonym dystansem, to wciąż wierzę że Paweł zupełnie przypadkowo gubi się na swoich terenach 😉

Dobra, teraz trochę o rowerze przełajowym, na którym spędziłem większość jesieni. Ogólnie sprzęt który złożyłem rok temu już był całkiem fajny, bo co najważniejsze dla mnie- z hamulcami tarczowymi i karbonowym widelcem…. no ale przecież nie można stać w miejscu ;). Plan na tą jesień był następujący- zmiana napędu na 1x i kół na lżejsze i bezdętkowe. Zamiast korby 34-50 zamontowałem owalny blat 42 zęby, a kaseta 11-36 pozwoliła zachować rozsądne przełożenia. Żeby obsłużyć największą zębatkę 36z konieczna była też wymiana przerzutki. Kołka zamienione na używki ZTR z całkiem fajnymi oponkami- przełajową wersją Racing Ralphów- na błotku super. Przednia piasta Novatec, tylna DT na ratchecie, więc już fajnie. Całość zalana mlekiem Trezado i jeździ się super :). Pół kilo z roweru urwane…a co do różnic w jeździe? Napęd 1x w rowerze przełajowym ma chyba największy sens ze wszystkich zastosowań. Jest to super wygodne rozwiązanie i tak jak w MTB się jakoś długo opierałem, to w CX dążyłem do tego, żeby szybko spróbować jak to jest. Owalna tarcza daje rady przy niskich kadencjach, a w połączeniu z lekkimi kołami rower wreszcie zaczął całkiem dobrze przyśpieszać. Ogólnie zrobił się fajny sprzęt, aż nie wiem co zmieniać za rok 😉 Szczegóły jak zwykle w dziale ROWERY

A na koniec filmik zmontowany z trekkingu po Beskidach:

Czterodniowy trekking po Beskidzie Żywieckim

Plan na te cztery dni był prosty- przejść praktycznie cały Beskid Żywiecki wzdłuż- startując w Zwardoniu, a kończąc w Zawoi. Planowaliśmy to z Piotrkiem już od jakiegoś czasu i wreszcie się udało znaleźć kilka dni. Dla mnie wszystko oprócz Babiej Góry będzie nowością, Piotrek pozwiedzał już trochę te góry, ale na rowerze- podczas Beskidy Trophy. Nowością będzie też forma tego trekingu, bo zakłada chodzenie od schroniska do schroniska, więc większość ekwipunku na 4 dni trzeba nieść ze sobą. Założenie jest takie, że śniadania mamy swoje (niezastąpiona owsianka), a kolacje jemy w schroniskach co pozwala trochę obniżyć wagę plecaka. W połowie dnia drugiego przechodzimy przez wioskę, gdzie może będzie uzupełnić zapasy.

Dzień 1 Zwardoń- Schronisko PTTK na Przełęczy Przegibek.

Rano musieliśmy się przetransportować samochodem z Wrocławia do Żywca, potem busem do Zwardonia, więc zaczęliśmy wycieczkę dopiero około 11. W Żywcu jeszcze nic nie zapowiadało zimy, jednak ostatnie 15 minut jazdy odbywało się już w śnieżycy. Ucieszyło nas to niezmiernie, bo wyjazd z założenia miał być zimowy, a halny i odwilż w zeszły weekend wymiotły cały śnieg z gór. Miało to też wprawdzie minus taki, że te 5cm świeżego śniegu czasem skrywało pod sobą lód, który utrudniał wędrówkę przez pierwsze 3-4km. Było na tyle słabo zaśnieżone, że szkoda tępić raki, ale kijki kilka razy uratowały tyłek i skończyło się na kilku efektownych piruetach zanim osiągnęliśmy poziom, gdzie śniegu było więcej. Ogólnie traska fajna w większości w lesie i dobrze, bo wiatr jeszcze do końca nie zelżał, ale prognozy były przychylne i to miał być ostatni wietrzny dzień. Po 15km osiągnęliśmy najwyższy szczyt tego dnia- Wielką Raczę, z której niestety nie dane nam było zobaczyć masywu Małej Fatry. Na pocieszenie pochłonęliśmy po talerzu fasolki po bretońsku w pobliskim schronisku i ruszyliśmy w kierunku dzisiejszego noclegu- Schroniska na Przełęczy Przegibek. Późny start poskutkował tym, że ostatnie dwie godzinki odbyły się po zmroku, no ale byliśmy na to przygotowani- w sumie czołówki przydały się każdego dnia- ot urok chodzenia po górach w grudniu, kiedy to dni są najkrótsze- dochodzimy do celu po 18:30. W schronisku pustki, oprócz nas jedna ekipa…a na szlakach tego dnia nie minęliśmy nikogo…no ale warunki były podłe, mgła, wiatr na oko ze 30km/h, a w porywach na szczytach z 60 km/h i tak do 15 padał śnieg, więc gogle tego dnia niezastąpione. Kończymy dzień z 25km w nogach i prawie 1500m przewyższenia.

Zwardoń...zaledwie kilka cm śniegu... ...a ciut wyżej już zima Szczyt Wielkiej Raczy Fasolka na rozgrzanie- jest radocha :) Taka końcówka dnia pierwszego

Dzień 2 Schronisko PTTK na Przełęczy Przegibek- Schronisko PTTK na Rysiance.

Startujemy skoro świt, ale po 5km robimy szybki przystanek w Bacówce na Rycerzowej, żeby zatankować wrzątek (na Przegibku obsługa jeszcze spała, a coś się nie dogadaliśmy wieczorem) do termosu i wypić kawkę. Pogoda wciąż perfidna, ale przynajmniej nie pada. W sumie ta odwilż kilka dni temu nie była taka zła- zdarza się, że miejscami głębsze warstwy śniegu są zmrożone i pomijając kilka cm świeżego śniegu, idzie się w miarę po ubitym. Jednak cały czas trzeba uważać, bo jak się to ubite przebije, to się wpada do kolan albo i głębiej. Mniej więcej w połowie drogi mamy zaplanowane przejście przez wioskę Ujsoły, a tam uzupełnienie zapasów żywności. Jeszcze nam się udało, bo zrobiliśmy sobie bufet w ciepełku w cukierni (współdzielonej z…sklepem mięsnym 😉 ). Na zejściu do wioski spotykamy pierwszego turystę na szlaku- no tak piątek- ludzie ruszają w góry. Na chwilkę opuszczamy szlak graniczny i kierujemy się w stronę noclegu w schronisku PTTK na Rysiance. Dochodzimy w miarę sensownie, chyba około 17:30. W schronisku już ciut więcej ludzi, ale jeszcze klimatycznie- nie komercyjnie. Jakoś da się od razu odróżnić na pierwszy rzut oka prawdziwe schroniska do których w z pewnością się będzie miło wracało, od takich molochów typu Morskie Oko, Miziowa (na której nie byłem wprawdzie, ale słyszałem to i owo) czy nasz kolejny nocleg na Markowych. W każdym razie na dobry początek zostaliśmy oszczekani przez 3 pieski, które jednak po wzajemnym obwąchaniu stały się bardzo przyjazne :). Potem już zasłużona kolacja, pyszne naleśniki, ciasto i przede wszystkim przemili ludzie na miejscu, którzy widać że wkładają mnóstwo serca w prowadzenie obiektu. Dzień zamykamy praktycznie z identycznym przewyższeniem i dystansem jak wczoraj, ale zmęczenie dużo mniejsze- w sumie z każdym dniem było chyba lepiej- trzeba było przyzwyczaić organizm do plecaka, szczególnie że miałem nowy i jeszcze pierwszego dnia kombinowałem z regulacją pasków i systemu nośnego.

Na Wielkiej Rycerzowej Jedna z nielicznych chwil z lepszymi widoczkami Chwila w ciepełku i to jeszcze ze Studencką...bezcenne :) Doszli my! PTTK na Rysiance- najfajniejsze schronisko na całej trasie :) Ależ klimatyczna pościel :)

Dzień 3- Schronisko PTTK na Rysiance- Schronisko PTTK Markowe Szczawiny.

To był z założenia najcięższy dzień pod względem dystansu- w planie około 30km, ale za to przewyższenia powinny być w miarę spokojnie- w sumie na sam początek wejście na Pilsko- 1557mnpm, a potem już w miarę lekko i na koniec trochę pod górę do schroniska. Problem tego dnia był taki, że nie mieliśmy nic cywilizowanego po drodze, żeby się ogrzać, zjeść itp. Na Pilsku oczywiście widoczność na 10 metrów i huragan, więc kilka fotek i w dół. Cóż szlak niebieski w kierunku Przełęczy Glinne był średnio (tzn. wcale) oznaczony- pierwszy słupek może 100m od Góry Pięciu Kopców, a następny po 1,5km ;). Zaczęliśmy schodzić, ale zmrożone zejście bez kosodrzewiny skłoniło nas do założenia kolców i tak było bezpieczniej i pewniej. Jednak nie mając GPS lub kompasu bez szans na zejście w dobrym kierunku. Trochę i tak zygzakujemy zapadając się co rusz po pas w śniegu, ale im niżej tym lepiej, a gdy zgęstniał las można było odnaleźć już właściwą ścieżkę. Raki przydają się praktycznie do samej przełęczy, bo nawet jak śniegu ubyło, to lód na zejściu był dość niebezpieczny. Na przeł. Glinne po jakiś 10km szybki bufet we wiacie- paprykarzyk smakował jak nigdy :). Następny postój zaplanowany był na około 20km w bazie namiotowej Głuchaczki. Fajna wiata, która osłaniała od wiatru- można było zjeść obiad- w tym dniu nie za zdrowo, bo zupka błyskawiczna, ale zalana wrzątkiem z termosu pozwoliła się ogrzać, bo o ile temperatury w czwartek i piątek były przyzwoite (w dolinkach nawet na plusie, na szczytach może ledwo poniżej zera), to w weekend już nie było tak kolorowo. O zmierzchu dochodzimy do granicy Babiogórskiego Parku Narodowego i sprawnie poruszamy się w górę- na Żywieckich Rozstajach chwila zawahania- niby do schroniska czerwonym szlakiem…no ale….w sumie jeszcze wcześnie- miał być najcięższy dzień, a jakoś tak lekko i przyjemnie, a Piotrek nigdy nie był na Małej Babiej 😉 (a jutro nie będzie, bo ze schroniska będziemy szli już bezpośrednio na Diablaka). No to co? Ciemno od pół godziny, 27km w nogach, więc decyzja mogła być tylko jedna- chłopaki dołożyli sobie z 500m w pionie ;). Wspinaczka pod Małą Babią szła dość mozolnie ze względu na nachylenie, minęła raczej w ciszy, ale było warto- nocne widoki na Zawoję wynagrodziły wszystko. Na szczycie spokój, wiatr praktycznie zero, a cisza zmączona tylko naszymi przyśpieszonymi oddechami po ciężkim podejściu i niesionym wiele kilometrów szumem armatek śnieżnych z pięknie oświetlonego stoku narciarskiego Mosorny Groń. Z Przełęczy Borna znów uratowały nas raki, bo nachylenie było dość srogie, o czym świadczyła rynna prawie jak na torze saneczkowym wykonana przez turystów, którzy mimowolnie musieli wybrać zjazd na tyłku 😉 Nie cieszyło nas to specjalnie, bo jutro będziemy tędy podchodzić. Dzień zakończony, 32km w nogach 2tyś m podejść w pionie no i już standard- kolacyjka, piwko i spać- a tu nowość w pokoju 5-os co też było fajnym doświadczeniem, bo w górach zazwyczaj większość ludzi jest fajna 🙂

Takie ładne :) Podejście na Pilsko z pierwszej perspektywy. Na szczycie Pilska- szczyt znajduje się kilkaset metrów od granicy- po słowackiej stronie Zejście z Pilska Powoli zapada zmrok, a my wchodzimy na obszar BPN Mała Babia Góra nocą :) Zawoja i Mosorny Groń

Dzień 4 Schronisko PTTK Markowe Szczawiny- Zawoja.

5:10 budzik…z prostej przyczyny- wschód słońca 7:33. Choć pogoda od 3 dni jest perfidna mam wielką nadzieję, że góry się zrewanżują i choć raz na tej wyprawie pokażą swoje piękno. Szybkie śniadanie i ruszamy ze schroniska. Wschód z Babiej podobno trzeba zobaczyć…. to słońce podświetlające panoramę Tatr to musi być coś magicznego. Na Diablaku byłem dwa razy- raz latem, raz jesienią i pogodę miałem ładną, więc żywiłem nadzieję na podtrzymanie passy. Przełęcz Borna osiągamy po 20 minutach jak zwykle podświadomie ścigając się z wyrytymi na drogowskazach czasami przejść, który w tym wypadku wynosił 30minut…latem 😉 . Niebo zdaje się przecierać, widać czasem gwiazdy, na horyzoncie już coraz jaśniej. Ze schroniska na wschód słońca chyba wyszliśmy jako jedyni, myślałem że nawet możemy być sami na szczycie…. Szlak od strony zachodniej nie jest bardzo łatwy- szczególnie jak go nie widać- ostatnie kilka metrów po większych kamieniach i jesteśmy na szczycie kilka minut po 7 rano….a tam z 20 ludzi- chyba wszyscy weszli z Krowiarek. Przy pewnie minus kilkunastu *C i pizgajacym wietrze…ale te wschody słońca stały się popularne. No ale nie tym razem- jeszcze była nadzieja, bo szczyt był wprawdzie we mgle, ale czasem wiatr przeganiał ją na kilka chwil. Jednak w czasie takiego krótkiego przerzedzenia dało się zauważyć, ze zaraz nad horyzontem wiszą ciężkie chmury i jak słońce znad nich wyjdzie to może koło 11. No nic- kilka fotek i w dół, jeszcze tu wrócimy. Choć troszkę dostaliśmy od gór na deser- po zejściu może 200m niżej przez chwilkę się przerzedziło i dało się dostrzec zamglone zarysy Tatr. Reszta dnia to już raczej schodzenie z gór z małymi hopkami. W Zawoi byliśmy gdzieś po 12:00 kończąc dzień z 20km w nogach i 1000m przewyższenia. Teraz tylko dostać się do Żywca i to z przesiadką w Suchej Beskidzkiej. No ale lepiej być nie mogło- dochodzimy na przystanek w Zawoi- stoi busik „-kiedy Pan odjeżdża? – Już”. Dojeżdżamy do Suchej, wysiadamy i nawet nie zdążyliśmy zerknąć na tablicę z rozkładem a podjechał bus do Żywca 😉 Dzięki temu wróciliśmy w miarę sensownie do Wrocławia i szczęśliwie zakończyliśmy tą przygodę. Fajny treking, każdy dzień dość wymagający, góry są piękne nawet jeżeli pogoda nie dopisuje, a surowy zimowy krajobraz zawsze mi się podobał. Było super fajnie 🙂

Takie widoki na Babiej! ;) Na punkcie widokowym na Sokolicy Kilka chwil ze słońcem. Widoczki na doliny na sam koniec wyprawy

Tatry- zimowe wejście na Kasprowy Wierch i trawers Suchych Czubów Kondrackich

Dobra, strona podupadła ostatnio na treści i aktualizacjach trochę z racji na FB i insta, a trochę z braku czasu. Nie będę się rozpisywał dlaczego sezon 2017 u mnie wyglądał jak wyglądał, może kiedyś w długi zimowy wieczór się zbiorę ;). Teraz mam fajniejszy temat 🙂
Po Tatrach jakoś nigdy mi nie dane było chodzić, albo nie było kiedy, albo tylko przejazdem…a nie sorry- byłem raz z Żoną na tydzień, no ale Gubałówka i doliny to nie Tatry ;). No i w końcu nadarzyła się okazja- poniedziałek i wtorek miałem robotę w Krakowie no i tak kombinowałem- środa wolna, Rodzina w Nowym Targu no to wio 🙂
Plan zakładał start z Kuźnic, wejście na Kasprowy, potem granią do Kondrackiej Kopy, Giewont i powrót przez Halę Kondratową… plan nie zakładał kilkudziesięciocentymetrowego opadu śniegu w dwa poprzedzające dni 😉 Ostatnio zmienił się czas, więc chcę wyruszyć rano- po pierwsze aby mieć jeszcze zapas czasu, mimo czołówki w plecaku, po drugie żeby też nie wracać do Cioci i Kuzynostwa o 23 i spędzić razem trochę czasu. Z Kuźnic startuję o 6:40 i lecę żółtym a potem niebieskim szlakiem do Murowańca, śniegu sypnęło- jest pięknie, zima w górach to jest coś magicznego, widoczność dobra, ale bez słońca, wiatr- zero i dość ciepło- idę bez rękawiczek i czapki, no chyba że to podejście robi swoje ;), szlak dość wydeptany. 8:25 jestem przy Murowańcu i badam szlaki, jedna osoba wraca i mówi, że nie są przetarte, fakt- na Kasprowy żółtym szła tylko jedna osoba, ale śniegu nie jest bardzo dużo- do pół łydek, czasem się zapadam do kolan, więc pierwsze przepakowanie i stuptuty na nogi. Dobrze, że ta jedna osoba szła, bo las się skończył i szlak idzie już gołym stokiem, a tyczkowanych szlaków niestety przez cały dzień nie uświadczyłem. Na razie bezpiecznie, ale kilkaset metrów przed szczytem szlak idzie trawersem, a ścieżka która pewnie wcina się w ten trawers jest już pod śniegiem, zbocze dość strome, więc drugie przepakowanie i na butach lądują raki i od teraz idzie się dużo bezpieczniej. Na Kasprowym jestem o 10:00, kilka fotek szybkie zerknięcie na grań, którą idzie w oddali tylko jedna osoba….no ale przecież bez sensu wracać tą samą drogą 😉 Ruszam dalej zostawiając za sobą zbyt głośny szczyt Kasprowego.

W drodze na Kasprowy Raki założone, chwila zadumy i ruszam dalej Widoczki z Kasprowego Czerwony szlak z Kasprowego w kierunku Kondrackiej Kopy

Na grani jest kilka szczytów do przejścia- pierwszy- Goryczkowy Wierch- przechodzę spokojnie granią- szlak idzie bokiem, po słowackiej stronie, ale zasypany. Po drodze mijam dostrzeżonego wcześniej turystę, piękne stadko kozic górskich i udaję się na Czubę Goryczkową…idę granią- na mapie jest tak samo odejście na stronę południową, ale wszystko po Słowackiej stronie jest totalnie zasypane- musiało jak na złość tak zawiewać- wracam się trochę, próbuję inaczej, też się nie da- po polskiej stornie ścianki i przepaście. Dogania mnie Jarek- ów drugi turysta- decydujemy że razem bezpieczniej i jakoś się przeprawiamy….chyba w końcu granią okrakiem. Jarek mieszka w okolicy, więc po cichu liczę na większe doświadczenie niż moje. Niestety doświadczenie często miesza się z rutyną i jakoś zapomniało mu się raków, co w sumie na razie nie jest problemem- śnieg raczej kopny, lodu mało. Przejście przez Czubę zajmuje jakieś 30minut…a to był dopiero początek. Przed nami cała formacja skałek o nazwie Suche Czuby- w lecie takie piękne- od polskiej strony wybitne i strzeliste, od słowackiej nie takie monumentalne, ale zaraz spod nich startują stoki o nachyleniu 35-40*, czyli idealne lawiniska.

Tak prezentują się Suche Czuby od strony słowackiej (źródło- Wikipedia) Kozice i Koziołki :) Na Goryczkowym Wierchu Grań ma w sobie piękno

Z jednej strony śnieg dopiero co zaczął sypać tej zimy…z drugiej strony 2gi stopień lawinowy tego dnia i w sumie było to widać gołym okiem- po drodze kilka miejsc, gdzie poszły na szczęście nie duże lawinki, które zatrzymywały się po 30-40m, jednak wszystko to kazało wyostrzyć uwagę. Oboje zgodnie stwierdziliśmy, że pewnie jeżeli byśmy szli sami, to byśmy zawrócili, a tak to jednak ciut bezpieczniej- zawsze jest druga osoba, żeby zadzwonić po pomoc. Praktycznie każda z formacji skalnych wymagała obejścia- już sam nie wiem ile ich było w sumie 5 może 6. Warunki bardzo podobne- pod ściankami nawiany śnieg, czasem tak dużo, że kiedy sondowałem, to kijek wpadał cały + ręka do łokcia- trzeba było iść niżej, bo tam śniegu było mniej= mniejsza szansa że się z nim popłynie. Chodziliśmy wykorzystując czasem wystającą kosodrzewinę- zawsze to jakiś uchwyt i znak, że jest płytko śniegu, ale i tak było kilka miejsc gdzie trzeba było przejść 10-20m trawersując żleb. Staraliśmy się to robić bardzo delikatnie, aby nie zruszyć śniegu. Lawinki może nie były groźne ze względu na ilość śniegu- raczej by nie przykryły, ale właśnie przez to że było płytko, to dużo większa szansa na trafienie po drodze na głazy, urwisk na szczęście nie było widać, no ale opis który znalazłem już po powrocie nie pozostawia złudzeń:
„Lawina z lutego 2000 wyłamała las nie tylko po północnej stronie doliny. Przecięła potok i sięgnęła na zbocze Kop Liptowskich około 100 m ponad dnem Doliny Cichej. Jej szerokość przy dnie doliny wynosiła blisko 500 m. Resztki lawiny, przykryte izolacyjną warstwą drzew (…) przetrwały do następnej zimy”. Drwale i kierowcy 10-tonowych ciężarówek mieli robotę na dwa lata” (Władysław Cywiński: Kasprowy Wierch – Tatry. Przewodnik szczegółowy). Chyba faktycznie to była ostatnia szansa tej zimy, aby przejść ten szlak- 30cm śniegu więcej to by była zerowa pewność co do tego po czym się idzie.
Posuwaliśmy się makabrycznie powoli, ale co ważne bez żadnych sytuacji awaryjnych. Najlepiej było już dawno zawrócić, ale oczywiście jak to bywa w takich sytuacjach brnie się zawsze coraz głębiej i głębiej w bagno ;). Doszliśmy tak trochę z duszą na ramieniu do ostatniej formacji- Małej Suchej Czuby. Oczywiście była to najcięższa przeprawa na sam koniec- potem już było widać w miarę przetartą ścieżkę, którą szła czwórka skitourowców. Jak ciężko było niech świadczy fakt, że przejście około 150 metrów w linii prostej zajęło godzinę i dwadzieścia minut (…) i wyglądało mniej więcej tak:

Brawo ja ;)

Niestety po drodze było jedno krytyczne miejsce- gdzie raki były niezbędne, bez nich było na tyle niebezpiecznie, że mimo tego, że było to przedostatnia trudność na trasie Jarek postanowił się wrócić. Wymieniliśmy się numerami tel. żeby ew. się alarmować i upewnić, że się wróciło do domu bezpiecznie. No i właśnie mi została ostatnie przeszkoda- ostatnie 10 metrów…..dlaczego to tak zawsze jest, że to końcówki są takie- jeżeli by taki był początek, to w życiu bym dalej nie poszedł…..hmm… więc w sumie może to i dobrze ;). W każdym razie sytuacja wygląda tak stoję na półce o szerokości 20cm z prawej mam ścianę z 3m wysoką prawie pionową bez żadnych chwytów, z lewej mam zbocze żlebu 40* jak nic, półka się kończy a za nią kijek wpada w śnieg. Czuję że pode mną jest piękna ścieżka szlaku…tylko 1,5m pod nawianym śniegiem. Kręcę się w jednym miejscu z 10minut szukając miejsca na nogę posunąłem się może o metr znajdując pod śniegiem jakieś załomy w ścianie o które stabilnie mogę oprzeć raka, no ale nie mam pomysłu co dalej. Nie zaryzykuję kroku w śnieg w który mi kij wpada, bo jak wpadnę po ramiona to sam nie wyjdę, albo wystartuję lawinę. No ale przecież jak odpuścić- ostatnie kilka metrów. No i dobra- inżynier wymyślił taki sposób- nagarniam śnieg w jedno miejsce i ubijam kijkami, nagarniam, ubijam i tak w kółko, po 3minuach mam w miarę stabilne miejsce, żeby postawić nogę. No i takimi krokami pokonuję ostatnie metry, wychodzę z duszą na ramieniu na utwardzoną ścieżkę. Chyba rekord- Goryczkowa Czuba- Małą Sucha Czuba- w linii prostej 1,6km, po mojemu 2,8km i 3 godziny 20 minut ;), ale co ważne- bez sytuacji awaryjnej, choć nie powiem że bez stresu i ryzyka, no ale czym by były góry bez tych rzeczy. Giewont niestety zostawię sobie na inną okazję, robi się późno- schodzę już bez większych przygód przez Halę Kondratową po drodze zawracając trzy grupki, które chciały odwiedzić Kasprowy, ale nie sądziły że to może zająć 4 godziny w jedną stronę ;). Wieczorem zdzwaniamy się z Jarkiem- niestety obawy przed powrotem tą samą drogą i podcinaniem śniegu drugi raz były słuszne. Jarek poleciał ze śniegiem kilkadziesiąt metrów i jak się ogarnął, to nie miał wody i buta…choć udało się go potem znaleźć acz bez skarpetki ;). Poobijany, w kontakcie tel. z TOPR dotarł bezpiecznie na dół. To tylko daje do myślenia- niby 50-60cm śniegu a już taka siła…co dopiero się dzieje przy poważnych lawinach.
Jak zwykle każde doświadczenie uczy i już wiem, że po pierwsze czekan- może na samym szlaku nie był by dużo bardziej pomocny niż kije, ale rezerwowo w razie podcięcia i zjazdu w dół trzeba go mieć w ręce. Po drugie kask- przy takich lawinach ofiary nie są z uduszenia po śniegiem, tylko z obrażeń- zazwyczaj głowy. Po trzecie lina- nawet z 20m- szczególnie jak idzie się w dwie osoby przez takie krótkie nieosłonięte odcinki- idzie jedna, druga czeka na stanowisku (znów czekan), jak jeden dojdzie w bezpieczne miejsce, to idzie drugi.
No ale zostawiając za sobą już te wszystkie niebezpieczne chwile- było przepięknie, szlak bardzo malowniczy, szczególnie w stronę Słowacji, z mega widokiem na Cichą Dolinę i najbliższe kilka szczytów po 2tyś mnpm. No i mimo wszystko cieszę się że spadł śnieg- ma to swój urok i góry nabierają zupełnie innego charakteru, do pełni szczęścia zabrakło słoneczka, no ale przecież chyba jeszcze kiedyś tam wrócę 🙂

Ech, gdyby zawsze było tak płytko ...no właśnie....zabawa po pachy ;) :) Piękne lodowe stalaktyty...niestety trzeba było je zepsuć, bo kompletnie blokowały przejście blisko ściany

Trasa:
https://www.strava.com/activities/1256649174

Zgrupowanie 2017- Torre del Mar

Mija powoli pierwszy tydzień zgrupowania w Torre Del Mar, miasteczku położonym jakieś 35km od Malagi. Zgrupowanie w Hiszpanii nieodzownie kojarzy się z Calpe i okolicami, ew. Wyspami Kanaryjskimi. Jednak po dwóch latach spędzonych w kolarskiej stolicy zimowych zgrupowań na C, stwierdziłem, że życie jest za krótkie, żeby jechać trzeci raz w to samo miejsce. Tekst ten chcąc- nie chcąc będzie trochę porównaniem Calpe i Malagi.
W sumie jadąc tutaj byłem święcie przekonany, że pod kątem treningów kolarskich czy zapewnionej dobrej pogody będzie to teren gorszy niż Calpe….i już po tygodniu mogę powiedzieć, że się myliłem. Oczywiście wymagało to dość skrupulatnego przeanalizowania mapy, stromości i długości podjazdów przed wybraniem miejsca noclegu, ale co by nie mówić Torre del Mar jest super pod tym względem. Pod nosem płaska droga na rozjazdy wzdłuż morza, która mimo że N-ka (krajowa) ma mały ruch, bo równolegle bezpłatna autostrada, która przejmuje tranzyt. Natomiast góry też zaraz pod domem. Nie ma takich sytuacji jak w Calpe, że aby jechać długie- stabilne podjazdy trzeba gonić 50min do Coll de Rates. Tutaj całkiem fajny podjazd, który na 360W jechałem 22minuty (czyli jest dłuższy od Rates o dobre 4-5min) mamy 16km od chaty. Mnogość tras jest dość duża, praktycznie jeżdżąc przez tydzień na razie mało co się nie powtarzało. Jedynie do czego można się przyczepić, to jakość asfaltów, która nie jest zła, choć mam wrażenie, że w Calpe było lepiej…..choć może to przez to że tamte drogi się już w miarę zna i tam gdzie jest słaby to się po prostu nie jeździ, a tutaj tereny się dopiero poznaje.

Poranne rozruchy na plaży przy słoneczku Pierwszego dnia rozruch biegowy- najbliższe wzgórze zdobyte z takim akcentem :) Deptak w Torre del Mar

Pogoda. Ogólnie nie ma reguły- wiadomo, że trzeba mieć szczęście, ale na razie nie narzekam- wszystkie dni krótki rękaw, wczoraj pierwszy raz rękawki na zjazdach i dziś fakt- rano się udało prawie wyrobić na sucho z rozjazdem i cały dzień leje, ale wg prognoz od jutra do końca wyjazdu znów full lampa i 18-20*C w cieniu, a na tej szerokości geograficznej jak jest słońce to jak lato w Polsce- nawet przy 15*C można się opalać (o właśnie dobrze, że dziś pada, skóra odpocznie, bo z każdym dniem coraz bardziej brązowa…tzn. czerwona 😉 ). Jeżeli mowa o pogodzie, to przy okazji- roślinność w Andaluzji. Byłem przekonany, że jeżeli w Calpe było tak mega skaliście i sucho, to tutaj ponad 400km bardziej na południe będzie już pustynia….nic bardziej mylnego. Okoliczne pagórki to wręcz pastwiska (i to wykorzystywane, wszędzie pełno owiec, kóz itp.). Dookoła zielono, dużo więcej wyższych drzew, plantacje awokado, ogólnie widać że dużo więcej upraw i hodowli niż koło Calpe. Z jednej strony bardziej swojsko, ale mniej egzotycznie, po prostu inaczej, zawsze fajnie zobaczyć coś nowego.

Takie klimaty- dookoła zielone łąki Ekipa po 16km podjazdu :)

Kierowcy. Duży plus, dużo lepiej niż w Calpe. Niby się może wydawać, że tam jest setka kolarzy na 1km drogi i kierowcy powinni być przyzwyczajeni….jednak w lutym-marcu w okolicach Calpe jest sporo emerytów brytyjskich i to oni zazwyczaj powodowali niebezpieczne sytuacje. Jak na ironię południowcy jeżdżą bardzo, bardzo bezpiecznie i z dużym szacunkiem do kolarzy. W okolicach Malagi turystów trochę mniej, praktycznie wszystkie samochody są lokalne i przez tydzień nikt z naszej 15-nasto osobowej grupy nie miał spornej sytuacji na drodze. Mało tego- czasem nawet trzeba machać ręką, aby nas wyprzedzili niejako zezwalając na ten manewr. No i ogólnie chyba ruch jest mniejszy niż w Calpowie- to też swoje robi. A inni kolarze? Jednak Calpe ma swój klimacik- pełno grup zawodowych, tu się można minąć z Michałem Kwiatkowskim, tam z Kasią Niewiadomą. W okolicach Malagi jest więcej kolarzy niż się spodziewałem, jednak w większości są to rowerzyści rekreacyjni, ew. ambitniejsi amatorzy, praktycznie zupełnie brak grup zawodowych, chyba Votum jest tu jedną z liczniejszych :).

Ekipa gotowa to wyjazdu na trening Rekordy i rekordziki ;) Takie przestrzenie na jedno skinienie

A treningowo…..jest spoko, na podjazdach wchodzą fajne waty, miło się jeździ w słoneczku, ekipa jest spoko- połączone siły votum, im-motion, sport-profit i road-racing, a w miłym towarzystwie nóżka zawsze się lepiej kręci. Miejscówkę nam się udało znaleźć super, willa, basen, powierzchnia ogrodu wielka, jest gdzie się relaksować po treningu. No i okolica ciekawa turystycznie- Sewilla, Ronda, Grenada, ew. Gibraltar, w lżejsze dni jest gdzie jeździć i co oglądać. Na razie tyle, jeszcze jeden tydzień zgrupowania przede mną, jeżeli uda się tak samo jak pierwszy, to noga na sezon będzie good, a wspomnienia ze zgrupowania nie tylko te sportowe na długo zostaną w pamięci!

Zapraszam do śledzenia aktualnych treningów i zdjęć na profilach na Stravie, Facebooku i Instagramie.

Katedra w Sewilli, to co na mnie zrobiło największe wrażenie w tym mieście ...a Plaza de España to było drugie wow tego dnia.

Przed nami ostatni miesiąc ścigania

Sezon powoli się kończy- dokładnie za miesiąc będziemy się bawić na gali kończącej Bike Maraton w Świeradowie. Choć w sumie wygląda na to, że wrzesień i początek października będą dość intensywne pod kątem wyścigowym….może i dobrze, bo do tej pory ten sezon był mocno rwany w moim wykonaniu i jak były okazje do ścigania, to akurat nie mogłem, a jak mogłem, to były akurat te weekendy, gdzie najbliższe wyścigi na drugim końcu polski, albo płaskie w Wielkopolsce. Jako, że ten sezon to jakoś super hiper udanych nie należy, to może i zaginka jest ciut mniejsza, żeby jechać 400km na ścig. W ostatni weekend też mi wypadł fajny wyścig w Srebrnej Górze- bardzo go lubię, już nie raz o tym pisałem- meta na największej górskiej twierdzy w Europie to jest coś! No ale czasem tak bywa- raz w życiu opuściłem wesele w bliskiej rodzinie z uwagi na wyścig i do tej pory nie mogę odżałować, a to już ponad 10lat 😉 i jednak są rzeczy ważne i ważniejsze czasem- o ile nie są to igrzyska olimpijskie, albo choć wyścig rangi MP, to nie ma co się zastanawiać- to się nie wróci i tyle w temacie. Tak więc korzystając z tego, że będę miał 3 dni bez roweru dowaliłem dość mocno w środę przed wyjazdem na fajnym treningu (https://www.strava.com/activities/695372044) w rodzinnych stronach Kingi, kilka porządnych podjazdów pod przełęcze w Sowich, robota zrobiona, potem we czwartek z rana tempówki siłowe i wio w podkarpackie a potem w lubelskie.

Trening z Przyjaciółką z Teamu zawsze super :)

W piątek trochę czasu, to trampki na nogi i dawaj w las :). Puszcza Sandomierska to takie fajne miejsce, gdzie czas trochę się zatrzymał…na tyle że można tam kręcić sceny do ostatnio nagrywanego filmu „Wołyń„, w powietrzu tyle tlenu, że od razu bije się wszystkie rekordy….no to jak już biegałem to wykręciłem półmaraton w 1:53….czas taki o, ale biorąc pod uwagę że często gęsto po piasku i trochę w górę i w dół, to nogi swoje poczuły 😉 (https://www.strava.com/activities/697799867). W sobotę już lekko godzinka truchtu, żeby na weselichu mieć siłę tańcować, a i w niedzielę po zabawie też trochę się rozruszałem- zawsze można pozwiedzać nieznane okolice. W drodze powrotnej zwiedzanie Lublina z trochę innej perspektywy niż raz podczas Eliminatora Lublin City Race ;)….fajne miasto, warto zaglądnąć, pozwiedzać 🙂 No to tyle podróży, czas wracać do treningów i szykować się na niedzielne Mistrzostwa Polski w Jeleniej 🙂

Ja nie wiem co ci biegacze w tych czapach widzą, ciepło w czuprynę i jeszcze czoło się nie opala ;) W las! Michał na ruinach Kościoła św. Michała Archanioła :) Na zamkowym dziedzińcu Panorama Lublina z baszty.

Aha- na www pojawiła się pierwsza część testu, gdzie sprawdzam produkty Trezado– na pierwszy ogień smar do łańcucha, zapraszam.

Produkty Trezado

Podsumowanie zgrupowania w Calpe

To już tydzień jak wróciłem z Hiszpanii, więc najwyższa pora napisać co się działo w ostatnich dniach i podsumować zgrupowanie. Pogoda do końca była juz przecudna, czasem trochę powiewało, ale najważniejsze że było słoneczko, bo to ono cieszyło i nawet wtedy te górsko-morskie wiatry tak bardzo nie przeszkadzają :)….zresztą jakoś tak zazwyczaj się udawało, że było pod wiatr na początku, a pod koniec treningu już tylko łapać podmuchy w żagle i lecieć 50 km/h…w końcu moc się musi zgadzać 😉
Z ciekawych rzeczy- kiedyś wieczorem przeszliśmy się po starej części miasta, o której w sumie do tej pory nie miałem pojęcia. Wieczorem wąskie uliczki miały swój klimat, a i udało się czasem podpatrzeć jakieś lokalne tradycje (np. próby do procesji, pewnie Wielkanocnej- 16 osób zamkniętych w metalowym stelażu na którym pewnie w święta będzie coś ciekawego- o! nawet się doszukałem na YouTube). Dzień później wybrałem się w ramach rozjazdu na zwiedzanie starówki. Jest kilka fajnych miejsc, skwerów, samych zabytków dużo nie ma, ot fragment murów miejskich i dwa nie takie wiekowe kościoły, ale całość z wieloma kameralnymi restauracjami tworzy ciekawy klimacik.

Wąskie uliczki w Calpe Jeden ze skwerów z wmurowanymi tabliczkami z ciekawymi informacjami Mury miejskie i.....armaty! Trening przez procesją Hiszpańskie schody

A co do treningów. Ostatni mikrocykl udany. Znów w jeden dzień męczyłem Benissę i Cumbre del Sol. To ostatnie to miejscówka gdzie rok temu miał miejsce finish jeden z etapów Vuelta a Espania. W drugi dzień na przemian sprinty pod malowniczym miasteczkiem Parcent i wspinaczki pod Coll de Rates. A w ostatni dzień….a to potem 😉 na razie jeszcze trochę o kulturze, a dokładniej rzecz biorąc o kuchni :)…no bo jakoś chyba na dwa dni przed wyjazdem zebraliśmy się w kilka osób na lokalny przysmak jakim jest Paella, czyli w skrócie ryż gotowany na wywarze z owoców morza…no i same owoce morza do kompletu. Próbowałem kiedyś robić w domu jednak to nie to samo 😉 Wiadomo, że smakuje 1000x razy lepiej po ciężkim treningu, jedząc ze znajomymi w blasku śródziemnomorskiego słoneczka. Mniam, polecam jak ktoś będzie w okolicy, szczególnie że to potrawa charakterystyczna dla okolic Walencji.

Taki ładny baner Tom Dumoulin ma na mecie. Paella, czyli potrawa z cyklu jak się dobrać do tego skorupiaka ;)

Do końca wyjazdu uskuteczniałem poranne rozruchy i ćwiczenia stabilizacyjne. Stanie na piłce już chyba opanowane, rekord to pewnie z 2 minuty, więc idę dalej i teraz czas na przysiady 🙂 No dobra- wracając do treningów- w ostatni dzień wreszcie udało nam się pojechać z Piotrkiem dłuższą traskę zaliczając przy okazji miejsce gdzie nie byliśmy ani w tamtym, ani w tym roku- Puerto de Tudons (port de Tudons)- przełęcz o wysokości 1024m. Wcześniej przejeżdżaliśmy m.in. przez Guadalest…..chyba jednak zmieniam moje ulubione miasteczko w tej górskiej okolicy- dotychczas no.1 dla mnie to było Castell de Castells (za położenie wśród totalnych gór, w dolince) , ale teraz chyba jednak najbardziej mi się podoba Guadalest. Ot miasteczko co nie ma nawet 200 mieszkańców, ale za to ma… dwa zamki (z czego jeden z XI w.), kościół z ~1750r, więzienie z XII w……i 9(sic!) muzeów…..189 mieszkańców;). Główne zabytki są położone na skałach nad urwiskami….widoki przepiękne….tylko zdjęcia mi się coś marne zrobiły i z daleka :(….no ale kiedyś przecież jeszcze się tu wróci :). A! Podjechaliśmy jeszcze nad zalew na rzecze Rio de Guadalest- przepiękny kolor wody, a zalane 86 ha. Aj! Bym zapomniał, za dużo atrakcji jednego dnia, na samym początku treningu…czyli około 60km 😉 podjechaliśmy na tzw. Coll de Rates 2, czyli jeszcze dobre 300m w Pionie od restauracji na przełęczy do stacji meteorologicznej….wprawdzie przez chwilkę jest kiepski szuter, a potem dość marny asfalt (o nachyleniu miejscami dochodzącym do 20%; średnie 10%)….ale…jakie widoki z góry. Benidorm jak na dłoni, a po drugiej stronie wszystko od Deni przez Pego, aż gdzieś tam pewnie po miasto Gandia.

Dobrze, że nie rozumiem hiszpańskiego i nie wiem, że te liny są przeznaczone dla dzieci w wieku 10-14 lat ;) Coll de Rates 2.0- dalej i wyżej się już nie da Widoki na Denię Zalew na Río Guadalest Miasteczko Guadalest i górujące nad nim zamki Koniec podjazdu na Puerto de Tudons Pożegnalna fotka na końcu ostatniego treningu. Takie zachody słońca!

Co jeszcze- suche liczby, czyli 1284km, 54h aktywności i 23000m w pionie (bez korygowania)….a w ostatni dzień piękna jazda na dobicie- 186km, 3800m i 7h:30m. Tydzień po zgrupowaniu aktywnie odpocząłem- ot dwie jazdy na CX, trochę basenów i raz siłka, coś też potruchtałem na luzie…..a od dziś wracamy na właściwe tory- po treningu Garmin pokazał mi 71h odpoczynku…..no cóż to chyba awansem na poniedziałek, bo przecież jutro też jest dzień 😉
Na koniec chcę Was zaprosić do lektury magazynu Szosa- chyba jeden z fajniejszych numerów, dużo ciekawych artykułów. Jeden szczególny, bo z moim skromnym udziałem- przy okazji testu roweru B’Twin Mach 470. Bardzo fajny tekst, gdzie znajdziemy wywiad z Bartoszem Huzarskim przepleciony opisem rundki treningowej w okolicach Masywu Ślęży.

Polecam ostatnią "Szosę"

Zgrupowanie- ciąg dalszy

Dziś poniedziałek- znów odrobina wolnego czasu, żeby napisać kilka słów o dalszej części zgrupowania. W sumie to już powoli zbliża się koniec- ot trzy mocne treningowe dni i trzeba się pakować. Z rana praktycznie przez cały wyjazd uskuteczniam rozruchy, a małym challengem jest stanie na piłce. Z dnia na dzień jest lepsza stabilizacja, aktualnie jestem w stanie ustać z 2minuty, więc powoli zaczynam robić przysiady…no ale to jeszcze do końca nie wychodzi 😉 Na porannych rozruchach zawsze dobre towarzystwo, czyli Jeziorek i Przemo.

Stabilizacja na piłce Piona z Jeziorkiem i idziemy biegać ...a Przemo woli na bosaka :)

Po słabszym weekendzie, dziś wróciło lato- idealnie na dzień regeneracji…..choć najpierw kilka słów o sobocie i niedzieli, żeby nie było tak kolorowo, że Hiszpania to tylko słoneczko, lody, kawa i opalanie się na leżaczkach po treningu.

Jakoś miałem to nieszczęście, że udało mi się porządnie zmoknąć i zmarznąć….i to dwa dni pod rząd. W sobotę pewnym zobrazowaniem tego jak mocno pizgało złem, było to że koło 13:00 na Coll de Rates…..podjeżdżałem sam. Normalnie w miejscu, w którym jest zawsze pierdylion kolarzy, teraz kilka osób zjeżdżało zaraz koło Parcent, a potem aż do przełęczy zero ludzi. No dobra- do przełęczy nie dojechałem, bo zza niej szedł taki podmuch, że zanim mnie obróciło pedałowałem z kadencją 40rpm przy prędkości jakieś 8km/h z mocą 440W ;). Zlało mnie totalnie i trudno- w takich warunkach odpuściłem jedną tempówkę…za duże ryzyko gleby na zjeździe albo choroby z wychłodzenia.
Myślałem, że to już koniec złej passy, no ale niestety w niedzielę było jeszcze „lepiej”, był drobny śnieg i pierwszy raz w Hiszpanii burza z piorunami (no dobra- z jednym, ale był 😉 ). Tutaj byłem z 70km od Calpe i z wizją kolejnych 100 do dokręcenia, więc skorzystałem z przystanku i przeczekałem największe oberwanie chmury. Na szczęście 20min później wyszło już słońce, które mnie wysuszyło, rozgrzało i świeciło już do końca treningu. Nie chciałem zresztą odpuszczać, bo widoki w okolicy La Vall d’Ebo i zjazd do Pego to jedne z fajniejszych fragmentów tych okolic.

Widoczki w okolicy La Vall d'Ebo Zima panie...zacisnąć zęby i jazda... Burza w Hiszpani- też ładny widok ;) Zjazd z Coll de Rates Widok na kanion rzeki Riu d'Ebo

No a dziś regeneracja. Z rana wypad na skałkę górującą nad Calpe, a popołudniu rozjazd na kawę ;). Żeby nie było tak cudnie- kolejne trzy dni będą bolały- wtorek i środa, to treningi interwałowe, a czwartek, to jakaś porządna wytrzymałość, czyli pewnie znów wejdzie jakieś Gran Fondo 😉

O! Tam dziś idziemy :) Taka ekipa Na Penon de Ifach Kawa w Morairze zawsze kusi na rozjeździe :)

Czarnogóra- podsumowanie

Zanim relacja z Bike Maratonu w Szklarskiej, to jeszcze małe podsumowanie wyjazdu do Czarnogóry od strony kolarskiej. Na miejscu miałem w sumie 8 noclegów, założenie było takie, żeby trenować z rana, tak aby udało się wrócić na 9-10, bo w końcu miały to też być wakacje 🙂 Podczas tych kilku dni udało mi się zrobić 4 mocne treningi, reszta to rozjazdy. Mocne, choć zazwyczaj nie za długie…no jeden dłuższy trening się udało wynegocjować, ale cel był szczytny, ale o tym za chwilę 🙂

Nocowaliśmy z żoną w Buljaricy koło większego miasta Petrovac. Ogólnie rzecz biorąc nadmorska droga jest dość ruchliwa, więc zazwyczaj męczyłem podjazd z Petrovacu w kierunku Jeziora Szkoderskiego- droga luźna, bo pod górą jest tunel, który mimo tego że płatny, jest chętniej wykorzystywany przez kierowców. Sami kierowcy jak pisałem wcześniej bardzo ok. Choć na Bałkanach jeżdżą trochę niebezpiecznie, to jakoś jak jechałem rowerem nie miałem żadnej groźnej sytuacji. Może z 2-3 razy zdarzyło się wyprzedzanie z przeciwka na trzeciego, ale jestem w stanie ich zrozumieć- ciągnie się taka kręta droga przez góry juz kilka km, no to jak tylko jest 200m prostej to żal nie wyprzedzić :). A tak to zero stresu. Mało tego- kolarze w Czarnogórze to dalej zjawisko rzadkie i kibicowanie przez robotników albo przez kierowców średnio raz na kwadrans jest przyjemną normą. Drogi w dość dobrym stanie, choć trzeba być uważnym, bo czasem na równej szosie zdarza się nieoznaczona dziura-krater lub częściej przełom. Cała okolica to jedno wielkie pasmo górskie, na płaskie odcinki nie można liczyć. Nawet na godzinnych rozjazdach wzdłuż morza wychodziło po 400m przewyższenia.

A specyfika treningów- męczyłem na różne sposoby wspomniany podjazd, raz robiąc go w całości od dwóch stron, raz cisnąłem 20sto minutówki na sweet spocie, a raz siłowo. W ostatni dzień przyszedł czas na królewski etap. Chciałem odwiedzić Park Narodowy Lovcen z położonym na szczycie góry Jezerski vrh (1657mnpm) Mauzoleum Piotra II Petrowicia. Podjazd miał 31km o średnim nachyleniu 5% i jakieś 1550m w pionie do podjechania. 1:42:20 wspinaczki, ale było warto. To jeden z treningów, który na zawsze pozostanie w pamięci. Niesamowity podjazd a potem super zjazd i nieziemskie widoki z góry. W czasie podjazdu sekcja 16nastu serpentynek z zakrętami o 180*. W sumie wyszła niezła przejażdżka- prawie 5h (zaczynałem o 5:15), 135km i jakieś 2800m w pionie.

A pod względem turystycznym- fajny kraj. Jak ktoś był już w Chorwacji polecam zapuścić się trochę dalej. Praktycznie każda większa miejscowość skrywa coś ciekawego, a w każdej mniejszej cerkwia lub monastyr co ma kilkaset lat, widać też że turystyka w rozkwicie, a turyści głównie krajowi i Serbowie. Polaków dużo mniej niż w Chorwacji. Ceny w lokalnych konobach całkiem fajne, za 4euro menu dnia- zupa, lekkie danie + mała sałatka, za 5,5e już porządne danie z 300g mięcha co po treningu siłowym jak znalazł :D. Jak kogoś interesuje większe foto-story bardziej o zabytkach i miejscach niż o rowerze, to zapraszam na picase 🙂

Czarnogóra- kilka słów na wstęp

Wpis może nie w 100% kolarski, ale temat jest do rozwinięcia w przyszłości, bo jestem na miejscu dopiero dwa dni. Rodzinny urlop dłuższy niż kilka dni w środku sezonu dla kolarza jest dość problematyczny. Szczęśliwie udało się wszystko dopiąć, sam nie wiem jak, bo oprócz pobytu na miejscu w Czarnogórze po drodze było jeszcze wesele, potem zwiedzanie Budapesztu….a i w drodze powrotnej jedziemy z jednym przystankiem. Rower zmieścił się do środka samochodu, więc w sumie jedyne co zostało do przemyślenia to noclegi na trasie przejazdu z bezpiecznym parkingiem.
Po superowym weselu kuzyna niedzielny poranek spędziłem na łupaniu podjazdów pod Przełęcz Salmopolską. Nawet małe oberwanie chmury nie zmyło uśmiechu z gęby- na szosówce po Beskidach jeździłem ostatni raz w 2003 roku chyba. W poniedziałek z rana wyruszyliśmy w drogę i koło 14 byliśmy w Budapeszcie. Obeszliśmy najciekawsze zabytki, mosty, wzgórze zamkowe, taki 16nasto kilometrowy spacerek :). Pobudka o 4:00 i w drogę przez Bośniackie góry, oj piękne drogi, niesamowite widoki- nie żałuję tego wyboru (alternatywa to chorwackie autostrady). Około 18 dojeżdżamy na miejsce- do miasteczka Buljarica.

W kolejnym dniu tylko lekki rekonesans okolicy i już widzę że będzie fajowo. Nazwa Czarnogóra z niczego się nie wzięła ;). Jeżeli po pobycie w Calpe stwierdziłem, że nie ma tam płaskiego, to teraz muszę powiedzieć, że tutaj nie ma nic poniżej 5% nachylenia 😉 . Z miejsca w którym mieszkam, może na 10m n.p.m. można po może 10km być na wysokości 630m. Minus tej okolicy, to dość słabo rozwinięta sieć dróg i w sumie mam jedną przełęcz do objeżdżania- zaleta taka, że alternatywą dla tej przełęczy jest tunel, więc 90% ruchu lokalnego leci tamtędy. Ogólnie bałem się kierowców w Czarnogórze, ale na razie zero problemów, wręcz przeciwnie ze dwa- trzy razy coś wymachiwali z uśmiechem i dopingowali na podjeździe :). Asfalty spoko, choć trzeba być uważnym, bo czasem na równej drodze wyskoczy duża dziura lub mocne fałdy, których nie za bardzo widać. Zakręty na zjazdach przecudowne :). Tyle na razie ciekawych informacji odnośnie Czarnogóry. Co do treningów- dziś docisnąłem mocno (choć bez przesady- przełęcz to 27 minut z jednej i 32 z drugiej przy 300-330W) na podjazdach i obciążenia weszły fajnie, no ale jak może być inaczej jak potem można się zregenerować na plaży i wymoczyć się w wyjątkowo chyba w tym roku zimnym morzu…wczoraj na oko 20*C, dziś z 24*C, oby zimy prąd już sobie odpływał 🙂 Okolica przepiękna, co chwile jakiś drogowskaz do górskiej cerkwi lub monastyru, tyle że do większości potrzebny by był rower MTB. No to na razie tyle, ale coś ciekawego jeszcze pewnie skrobnę.