Archiwum kategorii: Miasta

Trening wysiedzeniowy i odwiedziny w Henrykowie

Sezon już trochę trwa, a ja jeszcze szukam formy. Tzn. na razie bez obaw, bo ważne imprezy zaczynają się w lipcu, ale trochę przeanalizowałem czego mi brakuje i ostatnio wdrożyłem trochę nowości, zobaczymy jakie będą rezultaty. Narzędziem, które często jest pomocne dla mnie to trening wysiedzeniowy- długa jazda o dość niskiej intensywności, ciut niżej niż standardowa wytrzymałość tlenowa. Taki trening zawsze fajnie stabilizował moją formę i coś dobrego z niego było, zobaczymy jak tym razem.

Na samym początku trochę postraszyło :)

A że taka jazda trwa około 6h, to jest to świetna okazja aby odwiedzić tereny, gdzie zazwyczaj się nie zapuszczam. Kusił mnie Lubiąż, bo tam nie byłem od 10 lat chyba, ale zostawię to sobie na kolejną wysiedzeniówkę. Jednak zostałem przy Cystersach i przejechałem się do Henrykowa. Dzień zapowiadał się przepięknie, choć z każdą kolejną godziną pojawiało się coraz więcej chmur i już po pół godzinie ukazał mi się obrazek jak powyżej- widowisko przepiękne, rzadko zdarza się widzieć takie chmury. Jednak do samego Henrykowa nie spadła z nieba ani kropla, ale po mokrym asfalcie jechałem i czuć było „pogłos” burzy. W miasteczku chwila na objechanie opactwa, kilka fotek i ruszam dalej, bo jeszcze 2/3 drogi przede mną.

Tablica pamiątkowa przy wjeździe do Henrykowa A tak o ta słynna księga wygląda...eee nie no za duża- oryginał jest w Muzeum Archidiecezjalnym we Wrocławiu Opactwo cysterskie w Henrykowie

Przez Ciepłowody i Przerzeczyn- Zdrój dojeżdżam do Piławy i Dzierżoniowa. Ten odcinek to dla mnie nowość- nigdy szosówką tamtędy nie jechałem….a warto. Teren fajny- odrobinę pofałdowany- w końcu to jeszcze chyba obszar Wzgórz Niemczańsko- Strzelińskich. Turystyka (pewnie za sprawą miejscowości uzdrowiskowej, choć nie tak znanej jak duże dolnośląskie „Zdroje”) kwitnie, widać nowe karczmy, tablice informujące o lokalnych atrakcjach, ścieżki przyrodnicze itd. Całkiem fajny pomysł na niedzielę po wyścigu żeby się przejechać na luzie z rodziną startując np. ze Strzelina- na początek chwilę po wzgórzach, a potem okolice uzdrowiska- może jeszcze się uda przetestować w tym roku.
Nie podpasiła mi tylko droga Piława-Dzierżoniów- niby wojewódzka, ale ruch srogi- jakiś lokalny tranzyt bo sporo ciężarówek, lepiej ominąć np. przez Ostroszowice bo to fajna miejscowość i mili ludzie tam mieszkają :).

Test możliwości tworzenia panoramy w Nexusie 5, fajnie tylko ciut z góry obcięło ;)

No a potem to już znana traska- Kiełczyn- Tąpadła i do domu kręcąc trochę po drodze, aby wyszedł założony czas. Trening fajowy, robota zrobiona, zmęczenie po takiej intensywności (130hr i 200W) żadne, tyłek nie boli, obyło się bez deszczu choć padało chyba wszędzie dookoła i 6h pojechałem na jednym 30g batoniku;), żyć nie umierać 😉

Masyw Ślęży od południa wygląda jakoś tak dziwnie płasko... Mój prowiant na 6h....zawsze jeżdżę ekonomicznie, ale tym razem się zdziwiłem ;) No dobra śniadanie było takie że się na jednym talerzu nie zmieściło, ale wciąż :)

Film ze zgrupowania

Zmontowałem trochę obrazków ze zgrupowania..wyszło chyba całkiem spoko :).
Z ciekawych rzeczy powoli zabieram się za składanie MTB na sezon 2015, w końcu już niedługo doroczne zgrupowanie MTB Votum Team w Przesiece, a tam idealne tasy do treningu uśpionej przez zimę techniki. Przygotowania do sezonu 2015 idą pełną parą, po zgrupowaniu mam już za sobą jeden mikrocykl treningowy, następny będzie już zawierał w sobie zgrupowanie w Przesiece, potem trochę BPSu i zaczynamy sezon! 🙂 No a teraz zapraszam na film:

Zgrupowanie- podsumowanie

Kilka słów podsumowania zgrupowania w hiszpańskiej Morairze. Na początek właśnie o samej miejscowości. Chyba bardzo trafny wybór- z jednej strony blisko Calpe i wszystkich fajnych terenów do jazdy, a z drugiej oddalona od wielkich hoteli, zgiełku itp. Chyba fajniej trafić nie mogliśmy. Jedyny minus, że na koniec treningu do domku zawsze było jeszcze ze 140m w pionie, no ale nie można mieć wszystkiego 😉
Dalej jeszcze jestem pod wrażeniem tego wyjazdu, a że był to mój pierwszy raz na zagranicznym zgrupowaniu, to to wrażenie jeszcze bardziej się potęguje. Ogólnie taki wyjazd to jest świetna sprawa- nie tylko treningowo. Daje potężny zastrzyk endorfin. W Polsce zima, śniegi, a w Hiszpanii…kilkanaście stopni i słoneczko. Fakt taki, że trafiliśmy w raczej gorszą z ostatnich zim, ale „gorsza” to wciąż znaczyło blisko 20*C. 3-4 pierwsze dni były super- słońce non stop, choć dość wietrzne. Potem pogoda lekko się przeplatała, czasem trochę chmur i temperatury już bliżej 15*C, czasem 10*C….tyle że gdy było 13*C i pełne słońce, to tak grzało że i tak się jeździło na krótko. No ale, żeby też nie było za idealnie- zdarzyło się raz zmoknąć na treningu. W ten sam dzień w wyższych partiach gór padał…śnieg. To chyba tam dość niespotykane zjawisko, bo dzień później jadąc gdzieś na przełęczy były pozostałości białego puchu, a dookoła kilkoro ludzi z aparatami robiących zdjęcia 0,5cm warstwie śniegu 🙂 Cóż nie było po tym wyjeździe spektakularnej opalenizny, ale pogoda była na tyle dobra, że nie utrudniała treningów, a wręcz przeciwnie- jak na początek lutego było super lux 🙂

Na rozjazd- do Calpe Żeby nie było- tutaj też czasem pada.

Tyle o pogodzie, teraz o trasach. To z pewnością były najlepsze tereny po jakich do tej pory jeździłem. Różnorodność tras jest przeogromna. Da się pojeździć i w miarę po płaskim (no ale nie po to się tam jedzie 😉 ), natomiast podjazdów jest co nie miara i to w każdej formie. Są długie kilkunastominutowe o lekkim (6-8%) nachyleniu, mocniejsze, ale też i totalne ścianki >20%. No dobra- z tym „płaskim” ciut przesadziłem, ogólnie wszystko co płaskie jest odrobinę pofałdowane, ale po treningu z podjazdami wydaje się płaskie :). Ruch uliczny jest dość znikomy, choć kierowcy w tamtym rejonie mają przerąbane. Któryś powiedział, że zazwyczaj jedzie trasę Calp- Moraira 10minut, a w okresie styczeń-marzec, jak zjawiają się wszyscy kolarze, ten czas wydłuża się 2-krotnie. Tym nie mniej kultura jazdy jest dość duża, szczególnie wśród Hiszpanów. Z Niemcami i Anglikami (te dwie nacje przeważają w ruchu turystycznym w tamtym okresie), jest trochę (czasem dość mocno) gorzej. No i im dalej od wybrzeża tym ruch dużo mniejszy, a asfalty dalej świetnej jakości. A…ruch kolarski jest chyba 2x większy niż samochodowy. Pełno grup z ProTouru. W ogóle kolarstwo jest pod tym względem świetnym sportem. Bo gdzie zwykły śmiertelnik, co uprawia boks spotka Kliczkę? Gdzie można potrenować skoki ze Stochem? A tutaj- 5dni pod rząd macham Kwiatkowi na treningach. To chyba jedna z niewielu dyscyplin, gdzie można mieć tak bezpośrednią styczność z mistrzami i światową czołówką.

:)

To teraz o treningach. Przez całe zgrupowanie przejechałem 1200km i…27tyś m podjazdów….yh, szczególnie ta druga liczba daje do myślenia. Nie wiem czy w okolicach Wrocławia tyle robię przez kwartał. Teraz tylko czekać, aby te przewyższenia zaprocentowały w sezonie, bo wiadomo trening w górach o wiele bardziej warty niż ten na nizinach. Na zgrupowaniu było trochę treningów powtórzeniowych, trochę długich jazd, oczywiście były też dni regeneracji. Fakt jest taki, że na takim wyjeździe można sobie zaaplikować dużo większe obciążenie niż w domu, z czego zresztą z chęcią korzystaliśmy. Jeden trening przebił jednak wszystkie. Przejechaliśmy z Darkiem dokładnie 187,6km przy ponad 5300m przewyższenia, osiągając kosmiczny Training Stress Score 425.7….takie treningi się pamięta przez długi czas. Potem żaden wyścig nie jest straszny.

Bziuuum :) Taaaakie widoczki na zjeździe z Coll de Rates Ostatni trening- na deptaku w Morairze

No i na deser…jedzenie 😉 Trochę bazowaliśmy na tym co zabraliśmy z PL, choć w Hiszpanii ceny nie są dużo wyższe niż u nas, jak się wie w którym sklepie kupować. Obiady raczej domowe- często robiliśmy razem z Piotrkiem- kolarskie, makarony, ryże, raz wjechaliśmy z Pstrągiem z grila :); królowały też puszki tuńczyka po 900g :). Na śniadanie kanapeczki ;), których widok szczególnie cieszył oczy Jeziora ;). Korzystaliśmy też trochę z bliskości i świeżości owoców morza. O lokalnych słodyczach nie będę pisał bo nie wypada 😉 (migdały pod każdą postacią rządzą 😉 ). Raz przeszliśmy się też na lokalny specjał, czyli paellę z owocami morza…mniam 🙂

Śniadanie mistrzów Paella mix- z kurczakiem i owocami morza, pycha :) Kolejny przysmak z głębin :)

No i na koniec jeszcze raz podziękowania dla całej ekipy z naszego domku. W szczególności dla Artura za ogarnięcie tematu i organizację zgrupki, dla wszystkich za wspólne treningi i wieczorne rozrywki ;), dla Ani za masaże, które choć bolesne (bo taki dobry masaż zazwyczaj musi być), to pozwalały na następny dzień nogom kręcić się jak by były nowe. Dla wszystkich, którzy umożliwili i ułatwili mi ten wyjazd, dla trenera Darka Porosia za wspólne treningi i fachową pomoc w analizie obciążeń treningowych (i za nasz epicki trening :)).
A na koniec miejsce w samolocie przy oknie i świetne tereny poniżej- Nicea, St.Tropez, Alpy o zachodzie słońca, Wiedeń, super 🙂

Na najbardziej znanej kolarskiej skałce górującej nad Calpe Calpe z góry Widoczki z samoltu